Inne

PCIMCIA odcinek 5

Zaczęłam się trząść. Nie miałam pojęcia, czym sobie ten facet zasłużył na wyprowadzenie przez służby mundurowe, ale natychmiast przebiegły mi przez głowę domysły związane z terroryzmem albo narkotykami. Wyszłam na parking, stanęłam sobie koło popielniczki i znów zajrzałam do torby. Wypakowanie z niej wszystkiego było zadaniem ponad moje siły i mogłoby zgromadzić rzesze obserwatorów, ale przynajmniej chciałam sprawdzić, czy nie pałęta się tam jakaś torebka z białym proszkiem albo coś tykającego. No i zajrzeć spokojnie do koperty z dolarami.

Żeby było jasne: osobiście nienawidzę wielkich torebek typu wór, w które trzeba nurkować głową. Nie  bawią mnie stereotypowe żarciki o damskich torbach, w których jest wszystko, ale co z tego, skoro i tak nie można znaleźć tego, czego się akurat potrzebuje. Ale jeśli się żyje w stanie remontu, a w dodatku jest się blisko spokrewnioną z osobą, która również funkcjonuje w stanie remontu, tyle że permanentnego, to moment, gdy miarka zwijana,  próbki tapet, wzornik farb, uniwersalny śrubokręt z kompletem końcówek ukrytych w rączce, a także, nie przeczę, obcęgi, może się trafić w każdej chwili. Jeśli dodać do tego portfel, komórkę, Ipada z aktualnymi wydaniami gazet, Kindla, zasilacze do wszystkiego, trzy kawałki desek zabejcowane na różne kolory brązu oraz notes w przypadku osób przedpotopowych, jak ja. które lubią mieć wszystko zapisane analogowo, to nietrudno zrozumieć, dlaczego ten typ torebek nosi nazwę “hobo bag”.

No ale najważniejsze, że niczego niepokojącego nie stwierdziłam, dolary nadal były w kopercie, więc przestałam się trząść i zaczęłam się rozglądać za taksówką. Najwyraźniej Polonusi wszystkie pozabierali, bo postój świecił pustkami. Żeby wychodzić te swoje nerwy, ruszyłam wolnym krokiem w kierunku, z którego powinny nadjechać wolne taksówki. Minęłam kilka zdezorientowanych aut osobowych, które rozpaczliwie kręciły się między wykopkami i nawet pomyślałam sobie, że chyba widzę Janusza w samochodzie, ale najwyraźniej miałam jakieś omamy z tego stresu, bo przecież Janusz jest w Krakowie, a ja w bilokację nie wierzę.

W końcu nadjechała wolna taksówka i uczepiłam się jej drzwi jeszcze zanim się zatrzymała, bo przed halą przylotów jakaś grupa z walizkami już ostrzyła sobie na nią zęby. Siedząc w taksówce składałam sobie gratulacje, bliska poklepywania się po plecach. No i proszę, wiedziałam, że sobie poradzę. A jeszcze dodatkowo udało mi się obezwładnić groźnego przestępcę. Tak, tak, wszystko układa się w spójną całość, logiczny tok rozumowania nakazuje wymienić jednym ciągiem wojownicze żółwie Ninja, Chucka Norrisa, Larę Croft i mnie. Zawadiackim krokiem, przyciskając torebkę do żeber, wmaszerowałam do biura. Po czym okazało się, że przy moim komputerze siedzi Stefan i robi mi kipisz. W każdej innej chwili wycofałabym się polubownie, ale przecież nie teraz, kiedy dopiero co zostałam Strażnikiem Teksasu!
– Poszoł mi stąd – warknęłam, nawet nie dodając wykrzyknika.
Karolina i Danka odwróciły się od swoich biurek i spojrzały na mnie ze zdumieniem.
– Mozilla ci nie chodziła – powiedział Stefan
– Chodziła, chodziła – warczałam dalej – Już mówiłam: poszoł mi…
Stefan z godnością wzruszył ramionami, wstał i poszedł do swojej kanciapy.

– Co ci się stało? – zaciekawiła się Karolina – Co ci zrobili na tym lotnisku?
– Nic – warknęłam, po czym zastanowiłam się, do kogo mówię i zmieniłam ton na normalny. – Podstawiłam nogę terroryście – pochwaliłam się
– Skąd wiesz, że to terrorysta? – zapytała Karolina – był jakoś oznakowany?
– W pasiaku…? – podpowiedziała Danka
– Z kulą przymocowaną łańcuchem do nogi…?
– W kominiarce z powycinanymi otworami…?
– Przesadziłaś – powiedziała Karolina z niesmakiem – w kominiarce w taki upał?
Spojrzałam na nie z wyższością.
– Człowiek o odpowiednich kwalifikacjach potrafi rozpoznać nawet niepozornego terrorystę – powiedziałam pouczająco – To kwestia instynktu. Albo się go ma albo nie.
Nad głową stanęła mi Aśka.
– Pożycz jajko – powiedziała
– A po co ci? – zdziwiła się Karolina – Przecież jesteś na Cambridge.
– Już nie. Właśnie zmieniłam na kopenhaską.
– Jajka wybij sobie z głowy – powiedziała twardo Danka – Wystąpił deficyt jajek, same mamy za mało.
– Właśnie – potwierdziłam – wracaj na swoją Cambridge. I nie przeszkadzaj, ja właśnie opowiadam, jak unieszkodliwiłam terrorystę.
– Skąd wiesz? – zapytała Aśka – Miał kominiarkę?
– Co wy z tymi kominiarkami? – zdenerwowałam się – Nie czujecie jaki jest skwar? Powiedziałam, że unieszkodliwiłam terrorystę, a nie zbiega z psychiatryka!
– No dobra – powiedziała Aśka pojednawczo, co było całkowicie zrozumiałe w obliczu mojej nagłej przemiany w Larę Croft – To skąd wiesz, że terrorysta?
– Bo go wyprowadzili panowie z czarnych uniformach i w takich kamizelkach, możliwe, że kuloodpornych. – wyjaśniłam
– W kamizelkach w taki upał – westchnęła ze współczuciem Karolina.
– No co ty? – przejęła się w końcu Aśka – I podstawiłaś mu nogę celowo, innymi słowy, brałaś udział w akcji?
Westchnęłam rozdzierająco.
– Niestety nie – wyznałam ze smutkiem – samo wyszło…
– Nie martw się – pocieszyła mnie Danka – Pierwsze koty za płoty, następnym razem już będziesz wiedziała co i jak. O, ze Stefanem na przykład bardzo dobrze ci poszło!

Zadzwoniła moja komórka więc odjechałam krzesłem do swojego biurka.
– Gdzie ty jesteś? – rozgorączkował się telefon głosem Janusza
– No jak to gdzie? – zdziwiłam się – w pracy.
– Miałaś zadzwonić!
– No właśnie zamierzałam… – powiedziałam i natychmiast ugryzłam się w język. Co jest takiego w pewnych osobach, że człowiek zaczyna im się automatycznie tłumaczyć? Mi się nigdy nikt nie tłumaczy. Podkłada po prostu świnię i idzie dalej, nawet się nie otrzepując.
– No to mów! – zażądał Janusz – Jak było?
– Nieźle – warknęłam – ale bez orgazmu.
Janusz prychnął mi do słuchawki.
– Ty po prostu nie potrafisz zwyczajnie odpowiedzieć, prawda? – zapytał zimnym głosem
– A ty nie potrafisz zwyczajnie zapytać, bez napastliwości, prawda? Pochorowałbyś się od tego…
– Mój stan zdrowia to nie jest twoja sprawa, w każdym razie już teraz nie.
– To, czym się zajmuję w godzinach pracy nie jest twoją sprawą…
– Pieniądze mojej ciotki są ze mną spokrewnione…
– Umyłeś ręce od tego przedsięwzięcia – przypomniałam mu – A ja nie jestem niedorozwiniętym półgłówkiem, chociaż pewnie trudno ci w to uwierzyć…
– I co w związku z tym, że nie jesteś półgłówkiem…?
Zapętliliśmy się, jak zwykle, w naszych niekończących się dyskusjach i udowadnianiu, czyja racja jest najczyjsza.
– Słuchaj – powiedziałam w miarę polubownie – ja teraz pracuję. Nie mam czasu na takie przepychanki. Wszystko przebiegło pomyślnie, wystarczy?

W tej sytuacji zawiadamianie go o incydencie z terrorystą było całkowicie pozbawione sensu. Janusz, o ile go znam, natychmiast by wyolbrzymił całą sprawę i koniec końców niezaprzeczalny fakt, że poradziłam sobie naprawdę świetnie z odebraniem pieniędzy, poszedłby w kąt, a sprawozdanie zakończyłoby się konkluzją, że gdzie nie pójdę to się muszę w coś wpakować. Zakończyłam rozmowę zanim zdążył zapowiedzieć, że przyjdzie po pracy. Akurat wieczorem planowałam mieć święty spokój, żeby samotnie napawać się szczęściem, że sprostałam już wszelkim możliwym życiowym wyzwaniom i mogę sobie wrócić do nudnej, uporządkowanej egzystencji.

No ale oczywiście okazało się, że kituś bajduś. Ledwo zdążyłam uporządkować i odkłaczyć barłóg w mojej szafie, zadzwonił domofon. Na śmierć zapomniałam, że umówiłam się z panem Zygmuntem. W ramach obsikiwania odzyskanego terenu czyli mieszkania, którego nie musiałam już z nikim dzielić, postanowiłam wybudować regał na książki, który chodził mi po głowie od bardzo dawna, ale dotychczas nie przeszedł w czyn z powodu żywiołowej niechęci Janusza do wszelkiej maści remontów. Umówiłam się z panem Zygmuntem dobrych parę tygodni temu, ale pan Zygmunt, jak wszyscy wielcy artyści, odznaczał się naturą zmienną i kapryśną, a jeśli chodzi o kwestię względności czasu to sam Einstein mógłby się do niego zgłosić na douczki.

Charakterystyczną cechą pana Zygmunta była pełna dowolność decyzyjna jeśli chodzi o termin rozpoczęcia remontu oraz czas jego trwania. Niekiedy przebijała się do mojej głowy refleksja, żeby rzucić pana Zygmunta i rozejrzeć się za kimś innym, ostatni raz zdarzyło się to w czasie depresji, z której wydobywałam się z pomocą znajomej psychoterapeutki po trwającym trzy miesiące remoncie pięciu metrów kwadratowych łazienki. Jednakże efekty pracy pana Zygmunta były spektakularne, nie licząc oczywiście skutków ubocznych w postaci załamań psychicznych klienteli. Tak więc pan Zygmunt, uprzedzając mnie kilka tygodni temu, że jak znajdzie chwilę to wpadnie, wiedziony niezawodnym instynktem, wybrał sobie akurat wieczór, który miał być w całości poświęcony celebrowaniu świętego spokoju. Szybko powiedziałam sobie na głos kilka absolutnie paskudnych słów w przedpokoju, aż pies i kot, które na każdy dźwięk domofonu lecą w te pędy do drzwi, w głębokim przekonaniu, że potrafią je samodzielnie otworzyć, spojrzały na mnie z niesmakiem.

Pan Zygmunt, z którym pozostaję w stałym związku od dobrych dwudziestu lat, przez pierwsze sekundy był dla mnie nierozpoznawalny. Jedynie serce podpowiedziało mi, że to on we własnej osobie stoi przed szklanymi drzwiami mojego przedsionka i tylko dlatego zdecydowałam się je otworzyć.
– Matkoboska, panie Zygmuncie! – powiedziałam nietaktownie – jakiś konkurs na Rumcajsa, czy co???
Miny pana Zygmunta nie zdołałam zauważyć. Ginęła pod kosmatymi zwałami brody.
– Uważasz, że nietwarzowo…?- zmartwił się pan Zygmunt. Mówił mi po imieniu, bo kiedy się poznaliśmy, miałam może ze dwanaście lat.
– Nie no, skąd … – postanowiłam się podlizać – artyści miewają pomysły. Van Gogh obciął sobie ucho.
Pan Zygmunt zmierzwił brodę i westchnął ciężko.
– Tak se zaczynam myśleć, że w ten upał to może lepiej byłoby bez brody. Ale teraz to trochę żal golić.
– Wie pan, żona mogłaby z niej wyszydełkować rękawiczki. Na zimę jak znalazł. A po takim lecie to pewnie będą mrozy…

Pan Zygmunt przystąpił do oględzin ściany, zdejmując ze mnie ciężar kontynuowania konwersacji. Poszło łatwo, bo takie regały, jak chciałam, produkował seryjnie, sama go sobie upatrzyłam u znajomych, którym poleciłam pana Zygmunta. W ich przypadku akurat współpraca nie zakończyła się depresją, ale z teściami, u których zmuszeni byli mieszkać znacznie dłużej niż zamierzali, nie rozmawiają do tej pory, a minęły już dwa lata. W sprawach remontowych najlepiej mieć konkretny punkt odniesienia – łuki jak u Karwowskich, regał jak u Kaśki i Mariusza, w ten sposób oszczędza się wielu rozczarowań. Wydobyłam ze swojej przepastnej torby zabejcowane deseczki i oświadczyłam, że żaden kolor mi nie pasuje i najlepszy byłby taki pomiędzy.

Pan Zygmunt  na moje oświadczenie tylko łypnął okiem, po czym pogwizdując obmierzył ścianę pod obstrzałem uważnych spojrzeń kota, który w takich sytuacjach uważa, że sam musi wszystkiego dopilnować, bo do ludzi można mieć ograniczone zaufanie i to tylko w dziedzinie jedzenia.

– A małżonka nie ma? – zagaił pan Zygmunt, przerywając pogwizdywanie
– A nie ma – powiedziałam krótko. Co do tego, że temat niechybnie powróci, nie miałam złudzeń, w końcu byliśmy prawie rodziną, ale jakoś tak mi się wydawało, że broda pana Zygmunta powinna pozostać hedlajnem dzisiejszego dnia. Małżonka miałam chwilowo najzupełniej dosyć, poza tym musiałam wykąpać psa. Ciągiem skojarzeń, patrząc na brodę pana Zygmunta, pomyślałam sobie, czy by go nie zapytać, jak sobie radzi z jej pielęgnacją. W strukturze, tak na oko, przypominała mi owłosienie mojego yorka, a on potrzebuje szamponu, odżywki i nabłyszczacza, żeby nie wyglądać jak zmierzwiony chodnik, w który dziesięć osób wytarło zabłocone buty. Po namyśle uznałam jednak, że na taki stopień intymności etap obmierzania ściany jest ciut zbyt wczesny.

Póki co, narysowaliśmy z panem Zygmuntem plan półek, wręczyłam mu klucze po Januszu i umówiliśmy się na bliżej nieokreśloną przyszłość, co oznaczało, że będę musiała najdalej jutro okleić szafy folią malarską. Pan Zygmunt wyszedł, poprzedzany brodą, a ja wpakowałam psa do wanny i uświadomiłam sobie, że nie mam jajek. Pomstując na samą siebie za jakże pochopne podjęcie zobowiązania na jajka, szorowałam psa ekskluzywnym szamponem pięciokrotnie droższym niż mój własny, a kot wmaszerował do łazienki i usiadł w umywalce, żeby się ponabijać z psa.
– Wynocha – powiedziałam groźnie do kota, gdyż uznałam, że kopania leżącego nie będę tolerować przynajmniej w moim własnym domu. Kot był znacznie bardziej asertywny niż Stefan, na którym wcześniej, z pełnym powodzeniem, wypróbowałam swoją świeżo nabytą przebojowość Lary Croft. Po prostu spojrzał na mnie z politowaniem i dał do zrozumienia, że taki ton bynajmniej nie spotka się z jego zrozumieniem, a tym bardziej akceptacją. Tymczasem pies zasłaniał sobie oczy obiema łapkami, powtarzając jak mantrę „nie, to nie może być prawda, się śni mi, się śni mi”, a kot dosłownie tarzał się ze śmiechu w umywalce. Mściwie pomyślałam o zamówionych dziś blokadach na szafy, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Ostatnią rzeczą, którą zrobiła tego wieczora było napisanie maila do mojej ciotecznej siostry z Houston w Teksasie. Czy to nie dziwne, że jakoś nie wystarczy powiedzieć Houston tylko jakiś wewnętrzny przymus nakazuje dodać „w Teksasie”? Podobnie dzieje się z Baltimore w stanie Maryland. Streszczając w mailu wydarzenia ostatnich dni, coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie panuję nad swoim życiem. Nawet waga nie spadała mi planowo. W zasadzie niemożliwym było znalezienie choćby jednej sprawy, z którą sobie radzę. Pocieszyłam się niemrawo, że może chociaż zabezpieczenie szafy przed kotem będę mogła zaliczyć do swoich osiągnięć.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *