Siedem lat z The Good Wife

Niezbyt często łapie mnie natchnienie, by napisać o serialu telewizyjnym. A zwłaszcza zwyczajnym proceduralu, nakręconym w dodatku nie przez żadne tam Netflixy czy inne HBO, bez wielkich nazwisk kinowych (z wyjątkiem producenta wykonawczego) i, co już zupełnie dyskredytujące, ciągnącym się przez 7 sezonów. Bo zasadniczo hasło „7 sezonów” oznacza „to nie może być dobre”. Jest jeden wyjątek, potwierdzający regułę, Przyjaciele mianowicie, ale po pierwsze dawno, a po drugie z innego gatunku. A tak normalnie to nie ma bata, żeby produkcja trzymała poziom przez 7 lat.

good

Zwłaszcza przy koszmarnie banalnym punkcie wyjścia, praktycznie zawężającym publiczność do sfrustrowanych gospodyń domowych. Zaczyna się od tego, że kura domowa z przedmieścia odkrywa, że mąż przez lata robił ją w trąbę, defraudując publiczne pieniądze na prostytutki, a miał taką możliwość, gdyż zajmował stanowisko prokuratora generalnego hrabstwa Cook w Illinois. Nawet nie od niego się dowiaduje, lecz od śledczych, gdy sprawa dojrzała już do wyprowadzenia gościa w kajdankach. Piszę o głównej bohaterce „kura domowa”, gdyż nie jest ona kobietą, zawodowo zajmującą się prowadzeniem domu, bo to jednak jest różnica,  lecz kurą domową właśnie, w każdym aspekcie – od osobowości po fryzurę. Brzmi okropnie, co nie? Sama zachodzę w głowę, po co ktokolwiek mógłby chcieć to oglądać. Też nie chciałam. Przez 3 lata starannie zlewałam ten serial, mając świadomość jego istnienia, aż w końcu ktoś mi powiedział, że to fajne jest. Pomyślałam: skoro fajne jest po trzech sezonach, to co się tam, przebóg, dzieje?

the_good_wife

Przy pierwszym sezonie jeszcze się w miarę szanowałam – eeee, jak naprawdę nie ma nic lepszego do roboty to niech będzie nawet jakiś odcinek. Pozostałe wtłoczyłam jak gęś tuczna, bez przełykania. I wyszłam na bieżąco. W połowie 5. sezonu zdarzyło się coś, czego nie będę spojlerować tym, co by ewentualnie rozważali obejrzenie, a ci, co widzieli, wiedzą ococho. Wielka smuta poszła po publice, a lud zatroskany z przygnębieniem patrzył w przyszłość, rysującą się zgoła niepewnie. W tamtych mrocznych czasach na fanowskich forach zagościły egzystencjalne pytania, jak żyć oraz pesymistyczne refleksje, że nic już nie będzie takie samo.

I rzeczywiście, nie było. Było o niebo lepiej. Nigdy dotąd, a oglądam dużo, nie widziałam produkcji, która stałaby się zupełnie inną opowieścią niż ta, z którą startowała, nie tylko bez straty, ale z ogromną korzyścią.  Ekipa, pod batem producenta wykonawczego Ridleya Scotta, wyzwolona z okowów romansowych perypetii kury z przedmieścia, odkrywającej, niczym w Tańcu z gwiazdami, siłę swojej kobiecości, wreszcie pokazała, na co ją stać.  Serial, ze zwyczajnej obyczajówki, stał się komentarzem do amerykańskiej rzeczywistości i gorzką recenzją, co w praktyce oznacza „wolność i sprawiedliwość dla wszystkich”. Okazało się, że scenarzyści potrafią reagować na biegu. Cokolwiek się wydarzyło, stawało się tematem odcinka najdalej z dwutygodniowym poślizgiem. Zamieszki w Ferguson,  filmik na temat aborcji, zmanipulowany przez prolajfowców tak, by sugerował handel organami, eliminacja rekrutów ISIS, posiadających amerykańskie obywatelstwo, obsesja podsłuchów, monitorowanych przez rozkapryszone bachory, zachowujące się tak, jakby nie chodziło o prawdziwych ludzi, tylko kolejną rozgrywkę w War of Worcraft,  drony, śledzące wszystkich oraz zbierające dane, które zawsze mogą się przydać,  orzecznictwo sądowe, opierające się na niczym, gdy wszystkie dowody i poszlaki zostały utajnione w imię interesu Stanów Zjednoczonych, możliwość aresztowania dowolnej osoby przez „specjalne służby”, tak tajne, że nikt nie wie o ich istnieniu, przyzwyczajajmy się, bo za chwilę będziemy mieli to samo.  Serial, ze zwykłego procedurala, stał się gorzką diagnozą amerykańskiego snu, zmuszającą do refleksji, na co żeśmy, paniedzieju, wymienili naszą wolność i poszanowanie prywatności i czy rzeczywiście było warto. Mimochodem przypomnę, że od publikacji „Ucieczki od wolności” mija 75 lat.

the-good-wife-season-6-episode-1-24

No i co się stało? Ano stało się to, że pół Europy zaczęło na wyścigi oglądać The Good Wife, podczas gdy amerykańscy widzowie, rozczarowani porzuceniem dylematu, z kim Aliszja pójdzie do łóżka, a być może również brakiem zombie (tyle lat zmarnowanych i naprawdę – ani jednego???), wyłączali telewizory. Słupki oglądalności w USA poleciały na łeb, Europejczycy załamują ręce, no ale co poradzić, stacja CBS nie będzie przecież kręcić seriali dla Europy. To byłoby równie bez sensu jak gdyby Jacek Kurski chciał w Wiadomościach przekazywać prawdziwe informacje. Bądźmy uczciwi – są granice, których przekraczać nie wolno.

theyrealllistening

Więc serial, który miał wszelkie szanse po temu, by stać się banalnym, a stał się wybitnym, został za swoją wybitność ukarany kasacją. W niedzielę CBS wyemituje ostatni odcinek.

W ciągu tych paru lat, no może nie siedmiu, bo jednak wskoczyłam na gapę – chociaż 7 lat dobrze się kojarzy, bo z Tybetem, – dowiedziałam się o Stanach Zjednoczonych więcej niż przez ten czas były mi uprzejme donieść krajowe media, ugruntowałam się w przekonaniu, że jest to kraj, w którym na pewno nie chciałabym mieszkać, a piszę spod okupacji, więc ma to swoją moc oraz znacznie poprawiłam angielski ze słuchu. Przez pierwsze sezony nie było mowy, bym przebrnęła przez odcinek bez napisów. Stopniowo wciągałam się coraz mocniej, nie chciało mi się czekać na tłumaczenie i suddenly last summer złapałam się na tym, że wszystko rozumiem. Więc na wypadek, jakby Was aresztowali w Stanach to dzwońcie, mam obcykanych parę prawniczych gadek.

A, i jeszcze, gdyby kogoś, jak mnie, męczyło, skąd znają tego gościa, który gra prokuratora w nowych odcinach 7. serii to tak – znacie go z Glee.