Twin Peaks

welcome-to-twin-peaks-1200x628-facebook

Na początek osobiste zwierzenie poczynię, że bywam sentymentalna. Wprawdzie na blogu i w ogóle na co dzień lubię się kreować na socjopatkę, jednak zasadniczo miewam przebłyski uczuć wyższych. Lubię na przykład powspominać stare czasy, a konkretnie, w jak czarnej dupie wtedy byłam, zresztą większość z nas i jak bardzo nierealistyczne wydawało mi się życie, które obecnie wiodę.

Do tych rozważań natchnęły mnie: serial, film oraz trzynastolecie naszego członkostwa w Unii, które obecna partia rządząca stawia pod znakiem zapytania. Głównie chodzi o trucicieli i przybłędy, których obecnością zostaniemy niewątpliwie zalani, gdy tylko zasiedzimy się dłużej w strukturach, ale nie tylko, no bo kto to widział, żeby ktoś nam się wtrącał w wycinkę stuletnich dębów, zwłaszcza, że, jak ostatnio wyznała pani z nadleśnictwa, miały nie sto lat tylko zaledwie 98, co zupełnie zmienia postać rzeczy i naród odetchnął z ulgą, że się niepotrzebnie martwił.

No ale skoro już przy przy postaci rzeczy jesteśmy, to do rzeczy.

W jednej z produkcji, które mnie natchnęły, a konkretnie w filmie Juliusza Machulskiego  Ile waży koń trojański, w którym bohaterka cofa się z roku 2000 do 1988 pada zdanie: „Będzie wolność, ale nikt jej nie będzie zauważał”.

Akurat tak się dogodnie składa, że wolność to przywilej, z którego człowiek potrafi zrezygnować w pierwszej kolejności. Swobodnie wymienia ją na pełną michę i bezpieczeństwo, beztrosko ignorując jego iluzoryczność. Bo o jakim bezpieczeństwie mówimy, jeśli człowiek dobrowolnie stawia się w pozycji przedszkolaka, niezdolnego zadbać o siebie, któremu ktoś ma nakazywać, co ma robić? Micha też staje się problematyczna, bo kiedy raz wymieni się wolność na tego rodzaju wtórne  bzdety, to zawsze okazuje się, że trzeba jakoś na nią zasłużyć, bo w życiu nie ma nic za darmo.

Ale to temat na inną rozmowę i czas, gdy jakoś sobie poukładam natłok myśli w głowie.

Wracając do serialu, który tak tajemniczo zajawiłam we wstępie. Czym właściwie jest Twin Peaks i dlaczego tak mocno kojarzy mi się z polityką, na dodatek europejską, skoro serial jest amerykański i reprezentuje nurt magicznego realizmu?

Tłumaczę i objaśniam: jest to produkcja,  od której zaczęła się współczesna telewizja. Po raz pierwszy w historii światowego show -biznesu reżyser filmowy, David Lynch, pochylił się nad możliwościami, jakie oferuje serial i rozkminił, że nie ograniczają się one  do Alfa, tylko coś tam więcej da się z nich wycisnąć. Potem, nieśmiało, pojawiły się inne produkcje: X-Files oraz Ally McBeal w dziedzinie procedurali, no a potem już pooooszło. I dooooszło to takiego etapu, że smoki w Grze o tron są nawet lepsze niż w kinowym Hobbicie, bo trzy, a tam był jeden, nie wspominając już o żenujacym smoku w Wiedźminie, zwłaszcza, gdy się pamięta, jak recenzenci prawie się nad nim posikali z zachwytu.

Lynch lubi wspominać w wywiadach, że kiedy zwierzył się znajomym artystom, iż nosi się z zamiarem wyreżyserowania serialu telewizyjnego, pospadali z krzeseł ze śmiechu. Oczywiście, nic takiego nie powiedział, ale na szczęście nikt z Państwa tego nie sprawdzi, gdyż znakiem naszych czasów jest przyjmowanie na wiarę tego, co ktoś przypadkiem palnął, więc urban legends  możemy sobie tworzyć praktycznie dowolnie, a ta moja jest akurat urocza, w przeciwieństwie do sortów, trucicieli oraz przybłęd.

drozd3456

No dobrze, więc ococho z tym Twin Peaksem, oprócz tego, że dokonał przełomu w popkulturze, który i tak szanują tylko podobne mi nerdy? Sama nie byłam pewna, póki nie zdecydowałam się na  powtórkę, z tego mianowicie względu, że Lynch z Frostem dali się w końcu namówić na kontynuację.  No ale kiedy włączyłam sobie pierwszy sezon, wszystko wróciło.

Twin Peaks, dwadzieścia siedem lat temu,  był pierwszą światową produkcją, emitowaną w polskiej telewizji z dosłownie parodniowym poślizgiem w relacji do emisji w Stanach Zjednoczonych i w tym samym czasie, gdy oglądała go Zachodnia Europa. To był kompletny szok. Nie tylko dlatego, że nagle staliśmy się częścią czegoś większego, krajem, który nie leci za światem, żeby mu kwiatek w ogon wetknąć, tylko awansującym na szanowanego odbiorcę światowej pop – kultury, lecz także dlatego, że po raz pierwszy mogliśmy, nie stojąc w kolejce po paszport, zapuścić żurawia w życie ludzi zza żelaznej kurtyny  i to w dodatku na bieżąco. Serial ukazuje życie miasteczka tak prowincjonalnego, że budzi pogardę Alberta, asertywnego specjalisty FBI, dla mnie było ono jednak tak światowe, że byłam przekonana,że nigdy, a w każdym razie za mojego życia,  nie zbliżymy się do takich luksusów.

No bo jakim cudem, skoro oglądam Twin Peaks w 38-metrowym mieszkanku w blokowisku,  wyposażonym w dywan w kolorze rzygów, na kanapie typu buła, w równie gastrologicznej kolorystyce, na ekranie 27 x 32 cm telewizora marki Rubin, umieszczonego w swarzędzkiej meblościance, identycznej jak mieli wszyscy sąsiedzi, nawet krążyły wtedy dowcipy o ludziach, mylących mieszkania, bo wyglądały dokładnie tak samo. Nie wspomnę już, że, przystępując do oglądania, wskazane było uprzednie zaopatrzenie się w gaśnicę, gdyż każdy odcinek ulubionego serialu mógł skończyć się pożarem.

A  tu, suddenly last summer, okazało się, że ludzie  na amerykańskiej prowincji mają całe domy i nie dość, że osobny pokój dla każdego, to jeszcze przestrzeń wspólną. I nie musieli jeść,  trzymając talerze na kolanach, bo mieli prawdziwe stoły jadalne i miejsce, żeby je postawić. Pamiętam odcinek, jak Josie wróciła z Seattle ze stosem pudeł i opakowań firmowych z  prawdziwych sklepów. Czyli nie kupowała w „szczęce” na bazarze, jak my wszyscy.

twin-peaks-episode-1

Oczywiście, z perspektywy czasu, pewne aspekty wydają się śmieszne. Na przykład moda. Bohaterki serialu nosiły bezkształtne ciuchy, zwłaszcza swetry i my też takie nosiliśmy, tylko nasze były importowane wprost z tureckiego bazaru. Nad tym, co prezentowały na głowie, każdy współczesny fryzjer usiadłby i zapłakał. Wybór kształtował się w zasadzie między rozrzutnością żelu, który sprawiał, że bohaterki wyglądały na niedomyte (Josie), tapirem z włosów kompletnie   już martwych po kilkunastu trwałych  (Lucy) oraz tak zwaną „mokrą Włoszką”  (pani Palmer).  Gremlin, przeglądając rodzinny album z tamtego okresu, w którym występowałam w tureckim sweterku oraz fryzurze a la Lucy, zapytał niepewnie:  ale to, rozumiem, chodziło o jakiś grubszy przegrany zakład…?

lucy-moran-telephone

Sama fabuła także może stać się przyczynkiem do refleksji. O odnalezionej w pierwszym odcinku Laurze Palmer, która padła ofiarą morderstwa, wszyscy w miasteczku mówią, że była człowiekiem wyjątkowym, niepokornym, nie poddającym się społecznym konwenansom, pragnącym żyć na własnych warunkach. Szybko okazuje się, że ta niepokorność polegała na byciu nimfomanką.

Bardzo wygodne rozwiązanie z perspektywy mężczyzn lat 90-tych. Na szczęście,  zaledwie po ćwierćwieczu zrozumiałyśmy, że bycie interesującą osobą nie musi sprowadzać się do sypiania ze wszystkimi. Zresztą w ogóle kobiety w starym  Twin Peaks realizują się wyłącznie przez mężczyzn, bez nich w zasadzie nie istnieją.

A jakie były w pierwszy sezonie cliff-hangery! Cliff-hangery jak buldożery, ryjące widzowi mózg. To też warto ocenić z perspektywy czasu: teraz już, rozpieszczeni światowymi produkcjami, wiemy,że musiała być kamizelka kuloodporna. Ale wtedy skąd mieliśmy to wiedzieć, z Niewolnicy Isaury?

No ale tym, co najfajniejsze we wspominkach, jest w gruncie rzeczy uświadomienie sobie, jak chujowo było przed laty i jak żeśmy się od tamtego czasu apgrejdowali.

Warto docenić tę drogę, nie tylko w zakresie pop – kultury. Kiedy w 1991 roku wyjechałam jako opiekunka do dziecka do Amsterdamu, w tamtejszej telewizji leciały odcinki Twin Peaks, z którymi byłam na bieżąco. Pomyślcie, co to oznaczało w tamtych czasach: poczucie niebycia już ubogą krewną z peryferyjnego kraju, w którym po ulicach stolicy spacerują białe niedźwiedzie, tylko kimś, kto jest na bieżąco z serialem, który ogląda cały świat. To jedna z tych rzeczy, z których Jarosław Kaczyński chętnie zrezygnuje, bo woli  – i pamięta –  Wakacje  z duchami i Podróż za jeden uśmiech, a za granicę  i tak nie wyjeżdża (pomijając  lekko żenujący epizod londyński). To oznacza, że powinien zrezygnować cały naród. Niektórzy z nas, na przykład ja, pamiętają czasy, kiedy byliśmy tak daleko od świata, że można było go podejrzeć tylko raz w roku,podczas Konfrontacji,w których zresztą stały parytet miały filmy z bloku wschodniego. Do tej pory pamiętam film radziecki, w którym scena porodu została zilustrowana pędzącym tabunem koni, nie polecam.

Ciągle nie mogę uwierzyć w to, że drugi raz za naszego życia, trzeba ludziom tłumaczyć, że nawet jeśli coś znają od dzieciństwa, to nie znaczy, że zostało dane raz na zawsze. Bo człowiek, który nami rządzi z tylnego siedzenia, ma zupełnie inny gust i też dąży do tego, co zna od dzieciństwa. Ale jego wspomnienia nie obejmują wolnego internetu, swobodnego poruszania się po Europie, oglądania produkcji filmowych i telewizyjnych legalnie i bez kilkuletniego  poślizgu, edukacji gimnazjalnej, niezależnych sądów, apolitycznego Trybunału Konstytucyjnego, galerii handlowych, multipleksów, posiadania kont bankowych oraz prawa jazdy, zakupów bez listy kolejkowej, wolnego rynku i spersonalizowanej wizji życia. Nie, to wszystko jest fuj i trzeba natychmiast zrobić z tym porządek.  Cel jest taki, by z każdą codzienną sprawą się uszarpać i wypruć sobie na nią żyły, bo nieuszarpane się nie liczy. Bo niby dlaczego młodsze pokolenia miałyby mieć łatwiej, skoro wcześniej,  za socjalizmu, o wszystko trzeba było się użerać i ludzie jakoś dawali radę? Wręcz nawet to ich hartowało, więc tym bardziej trzeba do tego wrócić. Wymienicie się na tę wizję za 500 zeta miesięcznie?