96 pomników

6148936-uroczystosci-smolenskie-przed-900-566

Wczoraj, po raz pierwszy mogliśmy na własne oczy zobaczyć, jak wygląda uczczenie pamięci 96 ofiar katastrofy smoleńskiej w pisowskiej wersji pure. Już bez ingerencji wiadomych wrogich środowisk i sabotażu rozmaitego rodzaju targowiczan i innych zaprzańców. Różnica polega na tym, że nikt już nie próbuje mydlić oczu, że chodzi o tych 96 ludzi, w większości wybitnych, z życiorysami, którymi mogliby obdzielić kilkanaście osób.  Rodziny 94 ofiar uczciły pamięć swoich bliskich dyskretnie i z klasą, na Powązkach i innych cmentarzach.

Przed Pałacem Namiestnikowskim odbyła się zaś feta ku czci jednego człowieka, śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dziewięćdziesiąta szósta ofiara, czyli pierwsza dama Maria Kaczyńska, w ogóle jakoś się w tych obchodach zapodziała.

Z okazji uczczenia narodowej tragedii padło wiele słów, pełnych nienawiści, agresji, a także pomówienia oraz groźby karalne. Dziwny sposób przeżywania żałoby, ale trochę już zdążyliśmy się przyzwyczaić. W każdym razie tłum, falujący narodowymi flagami, sprawiał wrażenie zachwyconego.

Ofiary katastrofy smoleńskiej zostały więc, zgodnie z obowiązującym trendem, podzielone na 94  gorszego sortu, jedną lepszego sortu oraz jedną, o której się nie wspomina.

Co mogły czuć rodziny, niespokrewnione z państwem Kaczyńskimi, mogę sobie mniej więcej wyobrazić. Tak jak każda rodzina, która straciła dziadka, wujka czy cioteczną babcię w Powstaniu Warszawskim. Oczywiście, nasze pokolenie nie miało szansy ich poznać, poza tym stało się to w odległych czasach, jednak pamięć o nich z reguły pielęgnuje się w domu tak wytrwale, że wydaje się, jakby się ich znało, a 1 sierpnia nabiera osobistego wymiaru. Tego dnia chodziło się z babcią i dziadkiem na Powązki, a odkąd już ich nie ma, chodzi się z własnymi dziećmi.

Mniej, bo nie da się porównać świeżej żałoby po bliskim, którego się doskonale znało ze wspomnieniem po kimś, kto jest bardziej rodzinną legendą niż człowiekiem z krwi i kości. Więcej, bo didaskalia zaczynają wyglądać znajomo.

Pierwszego sierpnia,  w tym dniu zadumy, spomiędzy hutniczych bloków wyskakują o 16.50  hordy dwudziestoletnich kombatantów z ONR-u, z flarami, hasłami i całym tym pseudopowstańczym jarmarkiem. Z jazgotem i przekleństwami rzucają się na najbliższe skrzyżowanie, blokują je, waląc pięściami w maski samochodów, odpalają te swoje świece dymne i wrzeszczą na osiemdziesięcioletnie staruszki, że mają KURWA STAĆ!

W ten sposób czczą pamięć bohaterów Powstania Warszawskiego, których nie potrafią wymienić z nazwiska ani nawet pseudonimu i od których różni ich wszystko, głównie maniery.  A kiedy się pójdzie na Powązki to pierwszym, co się rzuca w oczy, są stragany z „patriotyczną” literaturą, oferujące praktyczne poradniki, jak rozpoznać żyda.

To, co zobaczyliśmy wczoraj, wygląda mi na zapowiedź tego rodzaju kultu. Przyjmie się, co do tego nie ma wątpliwości. Jest w Polsce mnóstwo ludzi, którzy chętnie zdefiniują zadumę jako zadymę, w końcu to tylko samogłoska różnicy, no i producenci flar też będą mieli używanie. Ludzie, którzy nawet nie pofatygowali się na miejsce katastrofy, wmawiają zrozpaczonym żałobnikom, że najlepiej wiedzą, jak było. Takich proroków będzie tylko przybywać, niektórzy się pewnie habilitują.  A że żałoba się gdzieś w tym wszystkim zagubi, no to trudno, wygląda, że jest to ryzyko, na które pan prezes jest gotów. A że 94 rodzinom i reszcie Polaków być może niespecjalnie to odpowiada, tym gorzej dla nich.

Każdy z nas pamięta 10 kwietnia 2010 roku. Każdy pamięta, skąd i kiedy się dowiedział.  Większość pamięta, kto do nich zadzwonił z wiadomością i do kogo oni zadzwonili, bo nie chcieli być w takiej chwili sami. Większość pamięta swoją pierwszą myśl. Moją było: ile wspaniałych kobiet zginęło, lata miną, zanim ktoś je zastąpi.

To wszystko jest teraz systematycznie zakopywane pod kultem Lecha Kaczyńskiego, który zresztą nie sprawiał wrażenia człowieka, ceniącego tego rodzaju rozgłos, zwłaszcza kosztem coraz głębszych podziałów w narodzie.

Wczoraj padła też obietnica wybudowania dwóch pomników. Jednego dla gorszego sortu, a jednego dla lepszego, czyli jednej osoby, no może ostatecznie z małżonką, chociaż założę się, że w fazie projektu małżonka jakoś dziwnie przepadnie. Zastanawiam się, co tak skromnie. Nie lepiej byłoby postawić na Krakowskim 96 pomników? Z których każdy będzie przedstawiał Lecha Kaczyńskiego…?