Gorzej niż jabłka

Nadmieniałam, że Bitwa Warszawska 1920 jest filmem wybitnym? Oczywiście w swoim, niszowym raczej gatunku. Ed Wood by się posikał ze szczęścia. Otóż, jak się okazuje, Hoffmanowi wyrosła poważna konkurencja w osobie Bondarczuka, z tym że niestety nie tego co trzeba.
Nie chodzi bowiem o wybitnego reżysera Siergieja Bondarczuka tylko jego syna, Fiodora. On ci to właśnie w 46-tej wiośnie życia pozazdrościł tacie i postanowił nakręcić własne dzieło. Może i lepiej, że tata zmarł zawczasu.

stalingrad

Okazuje się, że odmowa jedzenia naszych jabłek to wcale nie najgorsze, co Rosjanie mogą nam zrobić. W każdym razie w warunkach pokojowych.

Swoją drogą dobrze, że Stalingrad obejrzałam w warunkach pokojowych, gdyż gdybym poszła nań do kina, nie wybaczyłabym sobie straconego czasu. A tak to przynajmniej pazury mam opiłowane, więc jakaś korzyść się z tego wykluła.

Podobieństwa Stalingradu do Bitwy Warszawskiej są widoczne na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim chodzi o widowiskowe łuny, w kolorystyce bardzo przypominającej przeźrocza, ilustrujące żywoty świętych, wyświetlane przed laty w salkach katechetycznych. Od czasu do czasu reżysera łapie fantazja i wprost nie może się powstrzymać przed zrzynaniem z 300. Inspiracji jest nawet więcej, gdyż łodzie na Wołdze żywo przypominają bitwę o Czarny Nurt w Westeros.

stalingrad02
Sceny walk sprawiają wrażenie jakby choreografię do nich układał ktoś z baletu, a prywatnie wielki fan Matrixa. Zasadniczo żaden z bohaterów nie daje się postrzelić bez wykonania co najmniej piruetu w powietrzu, oczywiście w zwolnionym tempie.

Ale nie od razu można się wciągnąć w ten klimat, gdyż początkowo jedynym językiem słyszalnym z offu jest japoński, a w tym czasie leci czołówka cyrylicą. Myślę sobie: szlag jasny, pomyliłam wojny!

No ale potem wszystko się naprostowało, okazało się, że chodzi o trzęsienie ziemi w wybrzeży Honsiu w 2011, które stało się punktem wyjścia do omówienia walk o Stalingrad w 1942. Uważacie to za daleko idące skojarzenie? Podzielam tę opinię. Podejrzewam, że reżyser wziął dosłownie zasadę Hitchcocka i uwierzył, że początkowe trzęsienie ziemi załatwi za niego cały film.

Co gorsza, od razu na początku narrator zaznacza, że będzie to opowieść o jego pięciu ojcach. No i rzeczywiście mamy tychże pięciu bohaterów, formujących prowizoryczną bazę w jednym ze zrujnowanych domów, w którym ostała się jedna ocalała, 19-letnia Katia. Czyli matka narratora.

Początkowo przeraziłam się, bo to trochę szło w tym kierunku, że będę musiała obejrzeć pięć kolejnych, lub równoległych romansów, co, biorąc pod uwagę tempo narracji, mogłoby potrwać dłużej niż samo oblężenie Stalingradu.
W każdym razie piątka żołnierzy, prywatnie zakochanych w Katii na zabój od co najmniej dwóch dni, czyli chwili poznania, otrzymuje rozkaz ze sztabu, by utrzymać budynek i  inicjować akcje zaczepne, mając do dyspozycji żałosną ilość broni i jeszcze mniej amunicji. Sztab Armii Czerwonej przeszedł zresztą do historii II Wojny Światowej ze względu na takie trafne decyzje, a jedyny w miarę rozgarnięty gen. Łopatin za wyrażenie szczerej opinii, co o tym wszystkim myśli, wyleciał z roboty. Zastąpił go mierny ale wierny Czujkow, którego strategia, z dużą fantazją dysponująca ludzkim życiem, ograniczała się do „ani kroku w tył”. Stalin sam zresztą ogłosił tę dyrektywę, bazując na przekonaniu „u nas ludzi mnoga”.

 

STALINGRAD-3D-Movie-Fedor-Bondarchuk-620x330

O tym jednak film nie opowiada. Jego fabula ogranicza się do ambicji niemieckiego kapitana, który przy wielkich stratach własnych szturmuje dom Katii, po czym nagle wpada na pomysł, by użyć dwóch czołgów, które w trymiga puszczają z dymem cały budynek, a jeden w sumie też by wystarczył. No ale nic dziwnego, że kapitanowi zajęło to tak dużo czasu, w końcu skąd na froncie nagle wytrzasnąć czołg? W międzyczasie Katia podejmuje ważką decyzję, z którym by się tu bzyknąć. Ostatecznie, jakże oryginalnie, padło na tego, co zabrał na randkę i pokazał gwiazdy.

Film trwa wprawdzie tylko 2 godziny 15 minut, ale ogląda się go jakby toczył się w czasie rzeczywistym i w tym wypadku nie jest to komplement.
Na koniec klamra czasowa zamyka się znów w Japonii. Pochuj? To już zostanie wielką tajemnicą reżysera.