Długi film o zabijaniu

Albert Eistein powiedział kiedyś: „Nie jestem bystry. Po prostu długo nad tym siedziałem”. To samo mógłby o sobie powiedzieć Martin Scorsese, ale ponieważ najwyraźniej nie ma na to ochoty, powiem za niego. Facet zęby zjadł na temacie wzlotów i upadków jednostek, które miały wszelkie szanse ku temu by być wybitnymi, ale po drodze coś się nie udało. Najczęściej okazuje się, że zawiniła ludzka natura.

wilk01

Einsteinowi przypisuje się także słowa, że powtarzanie tej samej czynności w oczekiwaniu na inny skutek, jest objawem szaleństwa. Scorsese robi to od lat i jakoś ciągle mu się udaje. Mossakowski znów dał 5 gwiazdek. Może, jak Mamoniowi, podobają mu się znane piosenki. Nie do końca podzielam ten zachwyt.

Wilk z Wall Street jest bardzo długim filmem o tym samym. Tylko bohaterów jest tym razem dwóch. Jednym jest tytułowy Wilczek czyli Jordan Belford. Drugim – Leonardo DiCaprio. Obaj cierpią na tę samą przypadłość. Uwierzyli, że są Bogiem.

wilk03

Tę historię Scorsese opowiadał już kilkakrotnie. Początkowo jego medium był Robert de Niro, który studium wzlotu i upadku oddał charyzmatycznie we Wściekłym byku, Chłopcach z ferajny i Kasynie. Potem pałeczkę przejął Leonardo DiCaprio i odtworzył jeszcze raz to samo w Aviatorze.

A ostatnio w Wilku z Wall Street.

Patrząc na historię kinematografii, fabuła nie jest nowa, ani też wymyślona przez Scorsese. Dawno dawno temu Orson Welles nakręcił Obywatela Kane. Jordan Belford jest Kane’m lat 90-tych.

Podobnie jak on, zaczynał od niczego, mając za jedyny kapitał nieopanowaną żądzę posiadania wszystkiego. Drapieżną i pozbawioną wszelkich ograniczeń. Bywają ludzie, którzy dostają od życia, co chcą. Inni muszą to sobie kupić.
Jordan daleki jest od jakichkolwiek subtelności. W porównaniu z nim Sam z Kasyna to romantyczny filozof. Jordan jest burakiem i burakiem pozostanie bez względu na to, jak drogi garnitur założy i ile będzie miał rezydencji i jachtów. Otaczają go takie same buraki, których buractwo reżyser, jak się wydaje, celowo podkreśla, bo na przestrzeni kilku lat prosperity nie zdołali nabyć nawet takiego minimum ogłady jak Lepper pod światłym przewodnictwem Tymochowicza. Na pierwszy, na drugi i na dziesiąty rzut oka widać, że są to ludzie, którzy nie będą mieli nic, za co nie zapłacą.

wilk02

 

Mamiąc klientów wizją hipotetycznego bogactwa, wciskają im śmieciowe akcje firm, o których działalności nie mają bladego pojęcia, pobierając od tego prowizję wysokości 50 %. Brutalnie rzecz ujmując – trzepią kasę na wodolejstwie i braku skrupułów. Pieniądze w ten sposób zarobione wydają na samochody, dziwki, narkotyki i imprezy. Ten aspekt bywa często podnoszony w opiniach na temat filmu. No dobrze, bądźmy realistami. Świat maklerów lat 90-tych był na wskroś samczy, to widać choćby po Pracującej dziewczynie, która naświetla sprawę od drugiej strony. Nie ma co niuansować i udawać, że było inaczej. Podkręcanie adrenaliny i testosteronu plemiennymi rytuałami nie jest ostatecznie niczym nowym, a że się odbywa w biurze, a nie przy ognisku rozpalonym na środku wioski to w końcu nie jest taka znacząca różnica. Wręcz nawet łza się w oku może zakręcić, że kiedyś to ludzie potrafili pożyć. Jakby jutra miało nie być. Teraz posiadanie zegarka za 17 tysi kończy się w sądzie, a nawet nie kradziony.

No, trudno porównywać. Na temat rozpasanego bogacenia się i konsumpcji lat 90-tych Scorsese nakręcił Wilka z Wall Street. U nas – Żamojda Młode wilki. Są pewne subtelne różnice…

Niestety w pewnej chwili włącza się moralizator. Zabawa u Scorsese nie jest radosnym hedonizmem Californication. Jest właściwie zabijaniem się na raty i ostatecznie okazuje się, że bohaterowie są jakby martwi wewnętrznie, co jest pokazane tak dobitnie jakby chodziło o Królową Śniegu a nie film dla dorosłych. Ofiara złożona na ołtarzu konsumpcji okazuje się zbyt zobowiązująca i ostatecznie, jak to zwykle w amerykańskim filmie – musi być zasłużona kara. No i tak to rzeczywiście w życiu było. Amerykanie zostali ukarani po całości, a wraz z nimi reszta świata. Przypomnę, jak to zilustrował The Economist:

economist
Gremliny  też wybrały się na Wilka z Wall Street. Wróciły zachwycone. No, to jest życie. Super. Tylko, że tego życia już nie ma. Równie dobrze mogliby się inspirować filmem o Republice Rzymskiej, tym kamieniu filozoficznym politologów, czemu już nigdy w dziejach nie dało się powtórzyć tego ideału? No, się nie dało, bo się okoliczności zmieniły. Co byłaby ze mnie za matka, gdybym żałowała młodym bentleya czy weekendu w Las Vegas? Ale znów – bądźmy realistami. W obecnych czasach dobrze, żeby na Przystanek Woodstock wystarczyło.

Moralizatorstwo to jedna ze spraw, które trochę popsuły mi odbiór. Druga to długość filmu. Chociaż, biorąc pod uwagę ostatnie smutne doświadczenia, i tak wypada się ucieszyć, że nie został nakręcony w 3 częściach. Trzecia sprawa – DiCaprio. Nie mam zastrzeżeń do jego talentu. Osobiście jestem zdania, że jeśli ktokolwiek jest godzien zastąpić Jacka Nicholsona to tylko on.
Ale te natchnione tyrady, przypominające ewangelizację uczniów przez stylizowanego na Chrystusa Jobsa, nie wiem, moda teraz taka nastała, czy co? To mizdrzenie się do kamery, wygłupy, szarże,  te wygrane do ostatniego grymasu sceny odlotów po dragach, które wnioskując z długości, miały chyba pokazać, że DiCaprio warsztat ma (czego w sumie nikt nie kwestionuje) i pamięta swoją rolę z Co gryzie Gilberta Grape’a. Dobrze się też komponuje z luksusową scenografią, chociaż niektóre sceny trochę za bardzo przypominają Gatsby’ego, a już zwłaszcza Złap mnie jeśli potrafisz. Ale jak przyszło co do czego, wymięka w scenie i to z kim? Z Matthew McConaughey, facetem znanym przez większość kariery z zajebistego tyłka. Po co to wszystko? No, wiadomo. Po Złoty Glob. Ale za rolę komediową. Dramatyczną zgarnął wspomniany właściciel tyłka.  Warto było? Leo, why?