Kręgliccy się psują

Na początku był, o ile dobrze pamiętam, Mekong na Wspólnej, otwarty w 1989 roku, obecnie już nieistniejący. Kilka lat później Marcin Kręglicki, już w parze z siostrą, uruchomił El Popo na Senatorskiej, a zaraz potem Chianti na Foksal. To były trudne lata 90-te, gdy sieć restauracji dopiero się tworzyła, a jeszcze trzeba było naród przekonać, że warto czasem wyjść z domu zamiast wcinać parówki przed telewizorem. Do restauracji Chianti stary, podówczas trochę młodszy, zabrał mnie w trzecią rocznicę ślubu. No to było jakiś czas temu, ale pamiętam, że pięknie się wystroiłam w  ciuchy z second handu oraz pożyczyłam od Mamy torebkę typu kopertówka, gdyż uznałam, że z moim wysłużonym plecakiem pchać się do luksusów nie wypada.

Ale był wypas! Przyzwyczajona do wcinania parówek przed telewizorem, już przy przystawce uznałam, że nigdy w życiu nie jadłam nic równie dobrego i pewnie już nigdy nie zjem. Takie są uroki pierwszych razów, człowiek się czuje jakby osobiście spotkał św. Mikołaja. Kłopot w tym, że pierwszy raz tylko raz jest pierwszy. Pamiętam swój debiut z nutellą, rodzina przysłała z Kanady. No to ja, proszę państwa, gotowa byłam stawiać na szali swoje 10-letnie podówczas życie,  że ta ambrozja, co to o niej Parandowski pisał  w Mitologii, to nie żadne tam lody z Hortexu przy Marszałkowskiej tylko właśnie to.  A teraz? Po, lekko licząc, ponad setce pożartych słoików, nie robi niestety zbliżonego wrażenia.

No więc z Chanti jest podobnie. Po 15 latach, wiedziona nostalgią, wybrałam ten lokal na okoliczność swojej kolacji imieninowej. Liczyłam, że znów pojawi się św. Mikołaj. Niestety nie wpadł.

I w ogóle to już nie to. Przed laty restauracja była niewielkim lokalikiem z obłędnym jedzeniem. Teraz jest wielkim lokaliskiem  o wystroju, nie wiedzieć czemu kojarzącym się z  sushi barem, wyśrubowanym cenowo menu, a efekty takie sobie. A słowo daję, że byłam  na full głodzie, gotowa zachwycić się czymkolwiek. Z racji czającej się na mnie w szafie kiecki sylwestrowej, w rozmiarze, podkreślę, żeby nikt nie przeoczył, francuskim 36, poważnie ograniczyłam spożycie i już trochę dostałam takich hungry eyes. Do sylwestra mam nadzieję upodobnić się do postaci z mangi

chanti01

 

 

Chcąc powtórzyć swoje doznania sprzed 15 lat, zainteresowałam się solą na szpinaku. Ale że sole i pangi nie mają ostatnio zbyt dobrego pijaru, zapytałam o pochodzenie. Sola okazała się pochodzić z Hongkongu. No to ja, przepraszam, pierdolę taką solę. Wzięłam perliczkę. Wyglądała tak:

chianti 02

Widywałam potrawy o większym polocie. No i trochę zaniepokoiła mnie jej wielkość, bo dotąd myślałam, że perliczki to raczej niewielkie ptaszki.  Ta musiała być typu brojler.  Smakowo też raczej nie powaliła. Suche mięso, dziwny sos, jedyne, co się obroniło to ta żółta polenta, ale było jej malutko. Zresztą to żaden wyczyn, polenty nie da się schrzanić. Stary  zdecydował się na jagnięcinę w kasztanach i moim zdaniem lepiej trafił. Wyżarłam mu większość kasztanów, w końcu to moje imieniny.

chianti04

 

Reasumując, wygląda na to, że Chianti najlepsze lata ma już raczej za sobą. Kilka dni później rozmawiałam z koleżanką, która próbowała z małżonkiem zjeść tam kolację latem. Nie udało się, zrezygnowali po przystawkach. No to trzeba było mówić – skarciła mnie przez telefon – przynajmniej byście uniknęli wtopy. Mając na uwadze powyższe, hurtowo ostrzegam przed wtopą. Obecnie w tv Benefit, który puszczają naokrągło na siłowni, zachwalana jest grecka restauracja Kręglickich, Meltemi. Cóż, być może wszystkie siły zostały rzucone na tamten front, ze szkodą dla starszych inwestycji. W każdym razie uważam, że pustawa sala w sobotni wieczór w centrum Warszawy, powinna dać do myślenia. Wieczór zakończyliśmy w Browarmii na Krakowskim. Tłumy.

Gwoli ścisłosci, jedyne, na co nie da się w Chianti narzekać, to jakość obsługi. Nie każdy kelner ma tyle odwagi cywilnej, by przyznać się do soli z Hongkongu.