Filmy jak kocyk

No i tak się porobiło, że przekształciłam się w totalny flak pod każdym względem. Co oznacza, że przyszła pora na sen zimowy. Do marca, z krótkimi przerwami okolicznościowymi, będę trwała w półhibernacji, budząc się co jakiś czas celem ponarzekania na pogodę, krótkie dnie i w ogóle dupny klimat. Nie przepadam za tą formą egzystencji. Na szczęście istnieje doraźny ratunek w postaci filmów kocykowych, którymi od czasu do czasu można sobie poprawić samopoczucie na zasadzie refleksji, że inni , niechby nawet fikcyjni, mają jeszcze bardziej chujowo.

wilbur_chce_sie_zabic_002

Wilbur chce się zabić, „Wilbur Wants to Kill Himself” 2002

Nie jest to gatunek powszechnie przyjęty. Kocykowe filmy zaliczane bywają do tak odległych kategorii jak dramat psychologiczny, komedia obyczajowa, bądź też do modnego ostatnio magicznego realizmu. Pisząc o filmach kocykowych nie mam na myśli takich, które ogląda się w długie jesienne wieczory na kanapie pod kocem. W każdym razie nie tylko, chociaż w tym sposobie przyswajania filmu nie mogę doszukać się wad. Filmy kocykowe działają jak kocyk. Chociaż najczęściej po pierwszych kilku scenach człowiek pięciu groszy by za nie nie dał. Początki są z reguły zniechęcające. Zbieranina samotnych wyrzutków jak w Whisky dla aniołów i Włoskim dla początkujących, nieskuteczny, acz wytrwały samobójca jak w Wilbur chce się zabić, odludek z wojenną przeszłością jak w Chińczyku na wynos lub przymusowo odesłany na emeryturę nauczyciel jak w Butelkach zwrotnych. Poznajemy ich w strugach deszczu, na sali sądowej, na cmentarzu, w surowych plenerach, sugerujących środek depresyjnego listopada lub w obskurnym wnętrzu własnego domostwa. W normalnych okolicznościach ciężko wzbudzić w sobie motywację do podtrzymania takiej znajomości.

wloski

Włoski dla początkujących, „Italiensk for begyndere” 2000

chinczyk

Chińczyk na wynos, „Un Cuento chino”, 2011

 

grant_and_hoult_2_rgb

Był sobie chłopiec. „About a Boy”, 2002

 

„Człowiek jest samotną wyspą – idzie w zaparte bohater filmu Był sobie chłopiec – Ja jestem Ibizą”. I czemuż by tego tak nie zostawić? No się nie da, gdyż twórcy takich filmów wychodzą w założenia, że człowiek realizuje siebie tylko przez pryzmat innych ludzi.
„Po co człowiek się żeni? – pyta retorycznie Susan Sarandon w Zatańcz ze mną o grupie frajerów, poszukujących odrobiny szczęścia w tańcu towarzyskim (oraz ramionach Jennifer Lopez) – Po to, by mieć świadka swojego życia.” Jeśli ktoś jest bardzo zdeterminowany, żeby mieć świadka w życiu to może też zaprzyjaźnić się ze świadkiem Jehowy, który pełni tę funkcję niejako służbowo. Do niedawna były to jedyne dostępne opcje. Teraz są blogi.

Bohaterowie filmów kocykowych już na pierwszy rzut oka nie sprawiają wrażenia ciekawych, a to wrażenie z czasem tylko się pogłębia. Oczywiście trudno ich za to winić. Gdyby byli ładni, inteligentni i bez przerastających ich problemów, to nie byliby sfrustrowanymi odludkami. No ale są. I co dalej?

Dalej zwykle jest jeszcze gorzej. Sfrustrowany odludek spotyka drugiego sfrustrowanego odludka, albo kilku. Rzecz jasna z problemami. Może być to pogrążony w żałobie obcojęzyczny narzeczony, którego ukochana zmarła śmiercią tragiczną w wyniku konfrontacji ze spadającą krową, grupa nieudaczników z wyrokami lub bez, za to uwikłanych w bagno rodzinne, względnie ktoś nieuleczalnie chory na raka. Czyli gorzej być w zasadzie nie może, a ja nazywam tę twórczość kocykową. Cóż, to działa na zasadzie matematycznej, a nawet taki głąb jak niżej podpisana wie, że dwa minusy dają plus. Więc jeśli nie może być gorzej to może być tylko lepiej.

Dwie (lub więcej) niszczące siły w jakiś tajemniczy sposób, charakterystyczny dla nieobliczalnych relacji międzyludzkich, oddziałują na siebie wzajemnie i nieoczekiwanie zamiast nieść spustoszenie, tworzą nową jakość. Zdziczały odludek odkrywa w sobie nagle tak zwane pokłady i uświadamia sobie, że do tej pory był jakby martwy wewnętrznie.  Grupa zdziczałych odludków socjalizuje się, tworzy dla siebie zastępczą rodzinę i wszystko zmierza do hepy endu

Nawet tak oporna materia jak Shrek w końcu odnajduje przyjaźń, ba! niejedną, mimo iż nie ukrywa, że nieoczekiwany zlot towarzyski na bagnie jest mu wybitnie nie na rękę.
I tu mamy tak zwane klu. Początkowo nikomu nie jest na rękę.

Pytanie, czy w realnym życiu da się rzucić głową naprzód w złożone relacje międzyludzkie tak łatwo jak w filmie, pozostaje otwarte.