Kultura

Najgorsze filmy sezonu

Muszę się oderwać na chwilę od klimatów nałęczowskich, gdyż uwagę zaprzątają mi dwa tragiczne zupełnie filmidła, które ostatnio, co gorsza na własne życzenie, przyswoiłam. Pierwszy chronologicznie nazywał się Bitwa Warszawska 1920. Nie pochodzi wprawdzie z tego sezonu, ale absolwentom szkół został udostępniony w te wakacje, konkretnie w rocznicę. Trochę więc czasu upłynęło, jednak ciągle nie mogę się podźwignąć z tych doznań artystyczno – historycznych. Ciężko określić, co się w tym filmie udało. No może Adam Ferency, ale on się w zasadzie zawsze broni.

Najgorsze w sumie wydaje się mi się, jak na film edukacyjny, na który popędzono obowiązkowo większość szkół, że nie wnosi nic z wyjątkiem bałaganu. Jeśli się nie jest na świeżo z tematem, to po obejrzeniu filmu Hoffmana jest tylko gorzej. Nie wiadomo, kto kogo atakuje, kto żyw, kto poległ. Pod tym względem Bitwa Warszawska przypomina japońskie filmy o Godzilli, które oglądając człowiek zachodzi w głowę, dlaczego dziennikarz, pożarty zaraz na początku, nagle reaktywuje się w połowie filmu jako naukowiec, bo to przecież niemożliwe, żeby to były dwie różne osoby, skoro wyglądają identycznie. Na domiar złego w regularnych odstępach czasu pojawia się Natasza Urbańska (w pełni zasłużony Wąż za najgorszą rolę kobiecą), która okazuje się być wszędzie, zupełnie jak Marusia. Jak trzeba, jest sanitariuszką, żeby za chwilę przekwalifikować się na łączniczkę, a następnie przejąć działo, a i zatańczy w międzyczasie.

Tak jak II wojnę światową wygrali Marusia i Szarik, tak odparcie Armii Czerwonej nie miałoby szans bez Nataszy. Tym bardziej, że Marszałek zajęty jest głównie stawianiem pasjansa, premier Grabski ściskaniem rękawiczek, a Wieniawa po prostu nieźle wygląda. W tej sytuacji staje się jasne, że żaden z nich nie ma głowy do prowadzenia wojny, no bo jak to? Mieliby nagle wszystko rzucić? Odważny manewr strategiczny, który ostatecznie ocalił stolicę, jest zasygnalizowany tak ledwo, że właściwie można go przeoczyć, zwłaszcza, że, jak się okazuje, bitwę wygrała Matka Boska.

2538276-1920-bitwa-warszawska-643-482

Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko złym filmom. Ale zły film też trzeba umieć zrobić. Jak nie ma krwiożerczych mutantów, owersajzowego węża czy goryli – zabójców to ja przepraszam, ale wypad z baru.

Z drugim dziełem, o którym pragnę wspomnieć, nie jest dużo lepiej. Chodzi o film Jobs, jak tytuł sugeruje, poświęcony pamięci Steve’a Jobsa, który odmienił nasze życie, wszystko wskazuje na to, że nieodwracalnie, chociaż czy w dobrą stronę to sprawa dyskusyjna. Największą zaletę filmu twórcy ukrywali do samego końca. Tuż przed napisami końcowymi pojawiają się zdjęcia autentycznych bohaterów tej historii oraz, dla porównania, efekt pracy speców od castingu i charakteryzatorów. Naprawdę wykonali kawał dobrej roboty.

jobs-kutcher-2

Na tym niestety sukcesy się kończą. Osobiście mam wielki szacunek dla wizjonerów, którzy nie pytają: dlaczego? tylko: a niby czemu nie? Zwłaszcza, że większość populacji, z tego co widzę, w ogóle nie zadaje pytań i to dopiero jest niepokojące.

Jobs podporządkował swoje życie tworzeniu czegoś, o czym ludzie nie wiedzieli, że potrzebują. Aczkolwiek kiedy korzystam z Itunes nachodzi mnie refleksja, że nie zaszkodziłoby czasem stworzyć coś, o czym ludzie wiedzą, że potrzebują. Mam wrażenie, że im bardziej Jobs nie żyje, tym gorzej to wszystko działa i ostatnio mam spory kłopot z wyszykowaniem się na siłownię bez przeklinania.

Problem z produkcją Joshuy Sterna, reżysera znanego z niczego, jest podobny jak u Hoffmana: jak się robi film na klęczkach to nigdy nie wychodzi dobrze. Kwestia perspektywy. Przygruntowa sprawdza się w przypadku przymrozków, a nie sztuki filmowej.
Poziom egzaltacji jest w Jobsie trudny do przełknięcia. Podejrzewam, że reżyser sugerował się pompatycznymi superprodukcjami przełomu lat 50-tych i 60-tych, Ben Hurem czy Spartacusem. Widać także silne inspiracje opowieściami biblijnymi. Kiedy Jobs prowadzi stadko swoich współpracowników przez pola i łąki, indoktrynując ich swoją wizją, ciężko uciec od skojarzeń z Chrystusem wśród apostołów.

art-Jobs4-620x349

Właściwie najciekawszy jest ten fragment historii, który opowiada o trudnych początkach komputerów osobistych i widzowi zaczyna coś tak
świtać, że naprawdę mało brakowało, by sprawy poszły w zupełnie innym kierunku. Zwłaszcza, że jest to okres dziejów zupełnie obcy polskiemu widzowi, gdyż zza żelaznej kurtyny w ogóle mało co było widać. Przyszliśmy niejako na gotowe, nie mając większego pojęcia, co działo się między „Odrą”, którą nadal można oglądać w warszawskim Muzeum Techniki, a biurkowym pecetem. A działo się sporo, co film, wprawdzie po łebkach, ale jednak naświetla. Potem niestety jest tylko gorzej i fabuła fiksuje się na kwestiach biznesowych oraz przepychankach o władzę w Apple’u. Wygnany z firmy Jobs według twórców filmu zajął się głównie ogrodnictwem, a już na pewno nie odkupił od George’a Lucasa działu animacji komputerowej, by przekształcić go w studio Pixar i wyprodukować kilka hitów, które zrewolucjonizowały rynek filmów animowanych.

Co gorsza, film zaczyna się i kończy na roku 2001, czyli powstaniu Ipoda, na samym początku drugiego etapu rewolucji. Zakończenie jest tak nagłe i z dupy wzięte, że cała sala siedziała w milczeniu, ale nie z zachwytu tylko czekając na jakiś dalszy ciąg. Kiedy zapaliły się światła, ciężko było podjąć decyzję, czy iść do kasy z reklamacją, że puścili tylko połowę, czy żądać od operatora, żeby założył jednak drugą taśmę, którą na pewno gdzieś tam ma, tylko na śmierć o niej zapomniał.

A jeszcze chciałam wspomnieć, że gromy, które posypały się na Ashtona Kutchera po tej roli, uważam za całkowicie nieusprawiedliwione. Wygląda jak Jobs i nauczył się chodzić jak Fikander z Tajemnicy szyfru Marabuta, czyli spełnił wszystkie wyśrubowane wymagania. Nic więcej, muszę mu to oddać, nie był w stanie zrobić.

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *