Atak gniotów

Z domowymi wypiekami  zaczyna  u mnie wyglądać jak z filmami o zombie: noc żywych trupów, świt żywych trupów, dzień żywych trupów i obawiam się, że nieuchronnie zmierzam ku wysypowi żywych trupów.  Mam taką cechę osobniczą, że jak mi coś podejdzie to  rzucam się głową naprzód, aczkolwiek z biegiem czasu pojawiły mi się wątpliwości, czy to na pewno zaleta. Cóż, zawsze jest ryzyko, że człowiek rzuci się wprawdzie głową, ale zakończy nogami do przodu. Metaforycznie w sensie.

Ale do rzeczy. Zasadniczo chodzi o pszenicę. I ten artykuł z Bazaru, że pszenica zła. Oooo, niedobra pszenica, pszenica be. Spożycie grozi strasznymi konsekwencjami: To, z czym mamy obecnie do czynienia ma tyle wspólnego z pszenicą, co Snoop Dogg z Mozartem. Dokładnie 50 lat temu rozpoczęto eksperymenty na nasionach mające poprawić wydajność upraw i zlikwidować problem głodujących państw. Dziś mówi się, że pszenica to twór laboratoriów genetycznych, który zwiększa apetyt, prowadzi do stanów zapalnych, przyrostu tłuszczu trzewnego, gwałtownego wzrostu poziomu insuliny oraz wielu innych zaburzeń przemiany materii – stoi jak byk w Bazarze.  Na domiar złego zawsze pozostają wątpliwości, jak tę cholerną pszenicę pisać. Jak dla mnie ortografia przeważyła. Pszenica won. No i co teraz?

Różowo nie jest. Mniej więcej wszyscy orientujemy się w wałach, jakie odchodzą w przetwórstwie spożywczym, co odrobinę nadwyrężyło konsumenckie zaufanie do producenta. Czyli jeśli jest napisane, że produkt powstał z czegoś, no to jest napisane i  tyle.
Jak ze wszystkim – jeśli chcesz mieć pewność to zakasuj rękawy i bierz się do sprawy osobiście. Biorąc pod uwagę powyższe, się wzięłam.

Poprzedni chleb okazał się pierwszym kotem za płotem i bogatsza o to doświadczenie rozpoczęłam od zdjęcia wszelkiej biżuterii (domycie bransoletki od zegarka poprzednim razem okazało się przeżyciem traumatycznym) i założenia czepka kąpielowego. Przez chwilę rozważałam też gogle, ale uznałam, że to byłaby przesada.

Tym razem postawiłam na mąkę orkiszową oraz kukurydzianą. To się wyrabia bez drożdży. Rośnie na sodzie oczyszczonej. To, czy komuś ta soda potem przeszkadza w smaku, czy obleci, to kwestia osobnicza. Dla mnie jest wyczuwalna, ale do  przeżycia. No i nie rzuca się człowiekowi na twarz, czyli czepek okazał się  w zasadzie zbędny.

Przepis na małe gnioty, czyli bułki prezentuje się następująco:

1 kg mąki orkiszowej, 2 łyżeczki sody oczyszczonej (dałam tak z czubem) 2 łyżeczki soli, 100 gram posiekanego masła, 400 ml  maślanki (dałam pół litra, wychodząc z założenia, że pół litra jest dobre w zasadzie na wszystko) Przepis sugeruje, by to wszystko mieszać stopniowo i partiami, do czego się nie zastosowałam. Wpakowałam do miski wszystko, jak leci, wyrobiłam ciasto (warto było zdjąć biżut), dodałam pestki dyni i upiekłam w formie bułek  na blasze wyłożonej papierem do pieczenia 25 minut w temperaturze 220 stopni, po czym obniżyłam do 190 i piekłam kolejne 25 min.

Chleb kukurydziany:

200 g mąki kukurydzianej wymieszać z 2 łyżeczkami sody i łyżeczką soli. Osobno zmiksować mokre składniki czyli 1 jajko, 150 ml jogurtu, 2 łyżeczkami miodu i 2 łyżkami oleju. Zmieszać suche z mokrym. W międzyczasie uznałam, że coś to za suche wychodzi, źle się miksowało, więc beztrosko dowaliłam kolejne 150 ml jogurtu. Piec w wysmarowanej masłem  małej keksówce (nie cierpię dotyku masła, ale w tym wypadku warto się przemęczyć, bo chleb odchodzi potem jak z masła) do 20 minut w 200 stopniach, aż się wierzch zrumieni.  Następnym razem zrobię z podwójnej ilości, to może będzie bardziej wyglądało jak chleb, a nie jak ciasto.

gniot2

Rodzina zupełnie oszalała na punkcie tych wypieków, no ale to, jak podejrzewam, bardziej wynik wieloletniego  treningu „zjesz, co upolujesz” niż rzeczywistych walorów pieczywa spod mojej ręki. Jak wzmiankowałam onegdaj, od lat stosuję metodę obniżania  rodzinnych oczekiwań, więc aktualnie byle gniot urasta do rangi noblowskiego osiągnięcia.  Wysiłek w sumie niewielki, a skutkuje wiwatami,  festynem połączonym z tańcami w strojach ludowych i sypaniem płatków róż pod stopy, więc ostatecznie uważam, że warto.