Jak wyprodukować telenowelę chałupniczym sposobem

Wspomniałam onegdaj, że dysponuję pewną przydatną specjalizacją. Jest nią chałupnicza produkcja telenowel, takich życiowych bardziej. Do czego to się przydaje? Pytaniem bardziej na miejscu byłoby: do czego nie?

Jak wiadomo, codzienna egzystencja w rodzinie, czyli przypadkowym raczej stadzie złożonym z osobników, posiadających własną indywidualność, opinie, przemyślenia, cele i metodologie, nie jest łatwa. No chyba, że ktoś bezkrytycznie wierzy w komedie romantyczne i że się wszystko samo ułoży. Być może tak się czasem zdarza, mi osobiście nic na ten temat nie wiadomo. Życiowa prawda odbiega nieco od „i żyli długo i szczęśliwie”, sądzę nawet, że ciut łatwiej ją zdefiniować przez pryzmat „każdy orze jak może”. Zasadniczy problem polega moim zdaniem na tym, że jak ktoś coś umi, a co gorsza wykonuje to wszyscy się w trymiga do tego przyzwyczajają. I tak to się pełzająco rozwija: w przypływie tkliwych uczuć podasz rodzinie śniadanie, to zacznie oczekiwać, że tak już będzie codziennie, a w przypadkach szczególnie roszczeniowych to nawet nie wiadomo, czym to się w ogóle skończy. No bo jeśli rozpuszczą się już całkiem i zaczną wymagać, nie wiem, obiadu, co wtedy? Trzeba być czujnym na każdym etapie. Dziś śniadanie i obiad, a za miesiąc kto wie, zażądają zrozumienia, empatii, nerki…?

I tu właśnie telenowela przydaje się jak znalazł.

return_to_eden_the_s

W tym zakresie wyróżniamy 3 podstawowe gatunki:

1. Telenowela martyrologiczna „Gdyby nie ja, mieszkalibyście w rynsztoku i przykrywali się gazetami”. Podstawowy nacisk kładziemy tu na aspekt ewentualnego braku. Skoro już raz stał się taki cud, że rodzina na nas trafiła to niech po wielokroć dziennie Panu Bogu dziękuje za ten pomyślny zbieg okoliczności, gdyż jeśli nas zabraknie, niechybnie skończy pod mostem. Ten gatunek zahacza troszkę o mistycyzm, gdyż obsadzamy się w roli miłosiernego anioła, który jednakże ma swoje, całkiem ludzkie nerwy, jest więc poniekąd aniołem upadłym. Ale mu to skrzydeł nichuja nie umniejsza. W trakcie rozwoju fabuły, należy zwizualizować wszystkie aspekty ponurej egzystencji, gdyby nas zabrakło, można to połączyć z kfizem futurystycznym, na przykład: co stanie się z naczyniami w zmywarce? I w ogóle wszystkimi w domu? Jak szybko spleśnieje nierozwieszone pranie? Skąd się bierze czysta pościel? Kto pamięta, do jakiej szkoły uczęszcza Gremlin? Pytanie z gwiazdką: kiedy będzie zdawał maturę i z czego? Jako subtelny podkład muzyczny sprawdzi się repertuar patriotyczny, od Bogurodzicy po Marsz Mokotowa.

2. Telenowela „Triumf woli”. Tu możemy dowolnie posiłkować się propagandową twórczością Leni Riefenstahl. W skrócie chodzi o przybliżenie rodzinie naszych, dokonanych małymi rączkami osiągnięć, najlepiej w warunkach ekstremalnych. Czyli: zasadziłyśmy kwiatki na balkonie. Ale w burzę! Mógł nas porazić piorun. Mogłyśmy, jako meteopatki, zejść śmiertelnie na udar przy tak wariackim ciśnieniu (tu aż się prosi płynne przejście do telenoweli martyrologicznej, jako uzupełnienia). Ale nie, desperackim zrywem osiągnęłyśmy ten wymarzony balkon Barbie, cały w różu i tera se możesz kochanie ćmić te kubańskie śmierdziele w komfortowych warunkach, a ja cóż, wezmę ten swój sterany kręgosłup w garść i odmówię wieczorną modlitwę w intencji, żebym jutro wstała w jednym kawałku. Ważne: pod żadnym pozorem nie wspominać, że kręgosłup załatwił nam martwy ciąg na siłce, zaordynowany przez wiotką trenerkę z sadystycznym zacięciem. Jak to mówią: mniej wiesz, lepiej śpisz. Podkład muzyczny: ścieżka dźwiękowa Gladiatora, względnie coś Wagnera.

3. Socjalistyczny produkcyjniak „Tego kwiatu na pół światu”. Jest to fabuła kluczowa, gdyż uzmysławia rodzinie, że, owszem, chwilowo jesteśmy tu, ale to bynajmniej nie jest jakiś mus, gdyż świat obfituje w liczne perspektywy. Podrasowana intelektualnie wersja zakłada bazę w postaci diagnozy społecznej prof. Baumana, konkretnie teorii o społeczeństwie nomadycznym, które trzyma kciuki za to, byśmy wreszcie przejrzały na oczy i porzuciły dom, dziatki, trzodę i ledwo napoczęty słoik nutelli dla kariery siostry miłosierdzia w południowych Indiach, względnie pognały w szpilkach na Giewont czy inne rozlewisko. Ale nie, heroicznie uprawiamy tę orke na ugorze, słowa podzięki nie żądając. Ważne, bo tu można tragicznie wtopić – „Tego kwiatu na pół światu” musi działać tylko w jedną stronę. Absolutnie nie można dopuścić, by rodzinie zakiełkowała zgubna myśl, że też może mieć jakieś pole manewru. Podkład muzyczny: Ennio Morricone, soudtrack do sceny, w której bohater odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Wyłącznie dla zaawansowanych.

sunset