Ewrybady śpiewajo

O fado wiem mniej więcej tyle, co świnia o księżycu. Znaczy orientuję się, że to taka muzyka ze śpiewem, co w Portugalii wykonują. Ponieważ Madera to pierwsza Portugalia, z jaką miałam styczność, uparłam się, żeby posłuchać fado, no bo skoro na kontynencie umią to na wyspie też powinni.  A umią, i to jeszcze jak!

W pokojach hotelowych w Funchal są na stolikach  rozłożone albumy poznawcze dla turystów, nazywają się one jakże oryginalnie Goldenbooks. Można się stamtąd dowiedzieć, gdzie pójść, co zjeść, jakich doświadczyć wrażeń kulturalnych, co kupić  i  jak się skatować nocą. Jeśli chodzi o te dwie ostatnie kwestie to zakupoholicy i wielbiciele życia nocnego raczej nie poszaleją. Przynajmniej tak wynika z książki, osobiście nie sprawdzałam. Pieniądze zaoszczędzone na zakupach i dziwkach można jednak wydać na rozkosze podniebienia i tu wachlarz jest bardzo szeroki. Skupiskiem restauracji z muzyką na żywo jest malutki zaułek o nazwie Travessa das Tores, którą w języku bardzo pośrednim przetłumaczyłam na „talerz byków”.  Na rogu z ulicą Swiętej Marii mieści się restauracja u Arsenia. Gdyby nie książka, pewnie byśmy do niej nie trafili.

 

Jest to jedyny na Starówce lokal, który nie wystawia naganiaczy na ulicę. Wręcz przeciwnie, ciężko się do niego dostać, na szczęście pani rozdzielająca miejsca ma słabość do turystów, kogoś przesadzi, dostawi stolik i jakoś człowieka upchnie. Po drugim razie, jak jeszcze przyprowadziliśmy znajomych, mieliśmy takie chody, że stolik na nas czekał, a kelner pamiętał, co pijemy. Niby niewiele, a klient od razu czuje się dowartościowany i wraca.

Muzyka na żywo zaczyna się o 19.30. Fado okazało się bardzo forsownym rodzajem śpiewu, zahaczającym wręcz o umiejętności wymagane przy ariach operetkowych, więc śpiewaków było co najmniej trzech na wieczór. Zdecydowanie rządził pan w sweterku, który naprawdę potrafił dać czadu.

 

Wraz z rozwojem uroczego wieczoru, dołączały do niego inne głosy. Jako pierwszy, miłym barytonem, włączył się w refren kucharz, pilnujący grilla przy wejściu, gdzie piekły się nasze szpady z kalmarem. Po chwili rozległy się głosy z kuchni po drugiej stronie sali. Kolejną zwrotkę pociągnęła kelnerka i zapewniam, że nie było w tym nic z chałupniczego talentu obsługi polskich Restauracji  Spiewających Kelnerów (wiem, bo skatowano nas tam kiedyś Windą do nieba). Niestety gorące zachęty śpiewaków, byśmy włączyli się do chóru, zakończyły się niepowodzeniem, bo moja znajomość języka zaczyna się i kończy na „talerzu byków”. Więc tylko tupaliśmy, starając się w rytmie.

W międzyczasie kelner, który aktualnie nie śpiewał, co okazało się jednak chwilowe, podał nam zamówione szpady i właśnie szykowałam się do urządzenia karczemnej awantury mężowi, że namówił mnie na kalmara na jego odpowiedzialność.  Dotąd miałam niezbyt miłe doświadczenia z kalmarem. Nie w Polsce, bo z wyjątkiem kilku lokali, zamówienie owoców morza z reguły rujnuje wieczór. Ale kontakt z nim w greckiej tawernie w Hersonissos  na Krecie  też nie uważam za szczególnie udany. Tymczasem kalmar u Arsenia okazał się perfekcyjny, zero gumowatości. To jest to białe na talerzu bliżej. Czerwone i zielone to grillowana papryka, a reszta to tuńczyk.

W międzyczasie znów zaczęli grać i śpiewać.  Tym razem na scenę wyszedł śpiewak, wypisz wymaluj Carreras z wyglądu:

I nawet podobnie śpiewał. Tak porwał wszystkich, że goście, którym po wypiciu odpowiedniej ilości wina, już pieśń patriotyczna bulgotała w trzewiach, nie mogąc dołączyć się tekstowo, zaczęli śpiewać ogólnodostępnym językiem „lalala”. Kelnerzy, nie przerywając obsługiwania gości, wspierali wokalnie refren, a przez otwarte na ulicę boczne drzwi dołączyła obsługa z baru naprzeciwko. Po czym arię zasunęła pani, rozdzielająca stoliki, z którą, po upływie dwóch dużych piw i paru kieliszków madery, zaprzyjaźniłam się na śmierć i życie.

Następnie na scenę wkroczył kucharz, który, jak sprawdziliśmy na własnych zmysłach, gotuje równie dobrze jak śpiewa. Albo odwrotnie.

 

I tak upłynęło nam 6 wieczorów. Dwa razy postanowiliśmy przetestować inne lokale, ale skończyło się na tym, że jeszcze tego samego wieczoru z podkulonym ogonem wracaliśmy do Arsenia.