Jedzenie,  Życie

Baran

Trochę ostatnio przedawkowałam materiały źródłowe dotyczące tego, jaki powinien być obecnie facet. W zasadzie wydaje się, że oczekiwania są aktualnie dość sprecyzowane. Musi być opiekuńczy, ale nie zaborczy, zazdrosny, ale nie ograniczający, wrażliwy, ale nie rozmemłany,  oszczędnie rozrzutny, męsko afirmujący kobiecą stronę swojej osobowości, pachnący stajnią i cygarami, ale żeby nie było tego za bardzo czuć spod Givenchy pour homme, stanowczy i kompromisowy, nie wstydzący się łez, no ale bez przesady, w końcu na psychoterapeutkę żeśmy się nie kontraktowały.  Dobrze też, żeby był feminizującym męskim szowinistą, regularnie uprawiającym sport i mającym rozliczne zainteresowania, jednak pod warunkiem, że nie będzie im poświęcał czasu.  Poza tym musi znać się na modzie damskiej i uwielbiać spędzać dnie w centrach handlowych, no ale to jedno z drugiego wynika.  Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny to dobrze, by był blondynem w południowym typie, ewentualnie brunetem w skandynawskim.

Chyba każdy przyzna, że sprostać tak skromnym wymaganiom to żadna sztuka, a jeśli ktoś twierdzi, że nie daje rady to z pewnością z czystej złośliwości. Albo z lenistwa. A najprędzej z obu powodów.

No i wytwarza się sytuacja patowa, gdyż, jak się okazuje, mężczyźni zwyczajnie nie dorośli do partnerskich związków, opartych  na wyżej wymienionych założeniach i to budzi powszechny niepokój. Panien na tak zwanym wydaniu, panien z odzysku, ich matek, ciotek, babć, kuzynek i przyjaciółek, pań wprawdzie zamężnych, lecz pragnących sprawdzić dostępne opcje, polityków zatroskanych kryzysem demograficznym, działaczy narodowościowych, zatroskanych wymieraniem narodu, który dał światu wielkich ludzi, a zwłaszcza Małysza  i Lewandowskiego, oraz księży zatroskanych podupadającym stanem tacy.

Im dłużej żyję na świecie tym wyżej cenie sobie prostotę, również jeśli chodzi o oczekiwania. Obecnie jestem zdania, że najważniejsze u chłopa jest, żeby był robotny i od czasu do czasu (ale raczej częściej niż rzadziej) rzucił mięsem. To drugie można uznać za atawizm, jednak akurat u nas w domu jest bardzo na czasie, bo Gremlin i ja zeżremy wszystko.  Innymi słowy rodzina oczekuje, by w regularnych odstępach czasu był aportowany mamut.

Z mamutem jako takim, rzecz jasna, istnieje obecnie obiektywny kłopot, datujący się zresztą  czasów, gdy mamuty jeszcze były w ofercie. Jak wiadomo z badań antropologicznych, dieta naszych przodków składała się głównie  z darów pól i łąk, wydartych matce ziemi przez kobiety. Jak się raz na pokolenie ten mamut trafił, to aż rysowano o nim na ścianach.

Niestety zdolności plastyczne Gremlina i moje ograniczają się do rysunku psa i kota, który tym różni się od psa, że trójkąty symbolizujące uszy ma postawione do góry, więc dokumentujemy w inny sposób, ale dzięki temu przynajmniej ściany mamy czyste.

Przed świętami, co tu kryć, oczekiwania rodziny były mocno wyśrubowane i sprostać im nie było łatwo, zwłaszcza, że to już drugie Boże Narodzenie w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Stary wziął na ambit i  upolował barana.

Tak do końca nie jestem świadoma genezy barana. Co gorsza nie wiem, czy na pewno był koszerny. Ale możliwe, że tak, bowiem u jego początków legły doświadczenia pewnego znajomego muzułmanina.  Ponieważ ma on niejakie problemy z kupieniem w Polsce mięsa halal, rytualnego uboju dokonuje osobiście. Co to jest halal najlepiej definiuje Zadie Smith w powieści „Białe zęby”, na której początku jeden z kluczowych bohaterów próbuje popełnić samobójstwo w pobliżu muzułmańskiej rzeźni w Londynie. „To miejsce jest halal – wyjaśnia zbulwersowany rzeźnik – Jeśli chciałbyś  pan tu wykitować, przyjacielu, to najpierw niestety musiałbyś się całkiem wykrwawić”.

Znajomy muzułmanin twierdzi, że zachodni ludzie żyją w zakłamaniu, wypierając fakt, że to, co jedzą pod postacią próżniowo zapakowanych plasterków, żyło, biegało, miało jakieś plany na przyszłość, a nasze podejście do mięsa jest pozbawione szacunku wobec zwierzęcia, które poniosło śmierć, żeby nas nakarmić. Jak się dobrze przyjrzeć, to ta ideologia wydaje się zbliżona do niebieskiego plemienia Na’vi.

No ale do rzeczy. Stary wprawdzie nie dokonuje rytualnych ubojów, za to na spółkę z kolegą zanabył drogą kupna sporą część barana. W naszej kuchni pojawiła się ona pod taką postacią:

 

Na ten widok owce zamilkły i ja też.  Nie posiadamy w domu zamrażarki przemysłowej, jedynie dwie niewielkie szufladki w lodówce. Szczerze mówiąc myślałam, że wraz z odejściem socjalizmu, zniknie też moda na kupowanie pół świniaka na czarno z bagażnika dużego fiata, więc jakoś nie przyszło mi do głowy, by zainwestować w mrożenie. Szufladki dopychaliśmy nogą, a Gremlin został zmuszony do pożarcia na biegu rosołu zamrożonego w pojemniku na czarną godzinę, chociaż muszę przyznać, specjalnie nie protestował. Jeśli chodzi o jedzenie to można na niego liczyć.

Na świąteczny obiad została wytypowana gicz według przepisu samego Marcina Budynka z hotelu w Augustowie. Od 10 lat jeździmy do tego hotelu, nigdy Budynka na oczy nie widzieliśmy, powstało nawet podejrzenie, że być może on w ogóle nie istnieje, albo istnieje, ale całkiem gdzie indziej.

Przepis na gicz:

gicz barania,
600 g kapusty kiszonej,
200 g podgrzybka brunatnego,
5 g grzybów suszonych,
200 g cebuli,
5 ząbków czosnku,
2 szt kminku,
do smaku masło klarowane,
do smaku sól morska,
3 gałązki rozmarynu,
10 gałązki tymianku,
300 ml czerwonego wina,
100 ml oleju słonecznikowego,
2 łyżki musztardy,
do smaku Sól,
do smaku pieprz

1. Przygotuj marynatę: Weź: rozmaryn, tymianek, czerwone wytrawne wino, olej słonecznikowy, 4 ząbki czosnku, musztardę, sól i pieprz i dzień wcześniej połącz wszystko.
2. Umyte i oczyszczone gicze polewamy przygotowaną marynatą. Odstawiamy na około 8 do 12 godzin w chłodne miejsce.
3. Po tym czasie wyjmujemy gicz, a marynatę odstawiamy do wykorzystania.
4. Mięso wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 160°C i pieczemy przez 15 minut.
5. Następnie zmniejszamy temperaturę do 140°C, polewamy mięso marynatą i pieczemy przez około 60 minut, od czasu do czasu polewając sosem z pieczenia.
6. Przygotowujemy kapustę. Cebulę kroimy w kostkę, szklimy na klarownym maśle, dodajemy przeciśnięty przez praskę lub posiekany czosnek, pokrojone grzyby i smażymy wszystko około 6 minut. Następnie dodajemy posiekaną kapustę, doprawiamy całość solą, pieprzem, kminkiem, pudrem z grzybów i dusimy pod przykryciem około 20 minut.
7. Na koniec przygotowujemy ziemniaki. Obieramy, myjemy i kroimy wzdłuż na połówki.
8. Układamy na blaszce grubo posypanej solą kamienną, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200°C i pieczemy przez 40 minut.
9. Gicze podajemy z kapustą i ziemniakami. Możemy dodać smażone na klarowanym maśle pomidory z dodatkiem świeżych ziół i cebuli dymki.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *