Są takie miejsca…

No więc siedzę w tej chujni atmosferycznej, zawinięta kocem, żeby w nery nie wiało od okna, po prostu Przystanek Alaska,  za oknem to co ja będę opowiadać, wiadomo, jak jest. Przypiździło mi dzisiaj prostowpysk jakimś wrednymi, zimnymi igiełkami, 10 minut skrobałam szyby w samochodzie, nieźle jak na 22 marca. Jedyne, co mi pozostaje, to złośliwa satysfakcja, bo się w poniedziałek nie dopchałam na myjnię. Ani do odkurzacza. I co? Umyło się samochodzik? Wyszorowało się auteczko? I po co?

Niedawno, celem przełamania tego pogodowego stuporu, bawiłyśmy się na forum  internetowym w „twój idealny dzień”. No więc jeśli chodzi o  poranek to w moim przypadku mógłby on zacząć się tak:

 

Sama wgapiam się w to zdjęcie jak szpak nie powiem w co, bo jakoś mi się w głowie nie mieści, że są takie miejsca i że ja tam byłam. Pytanie, co mi się konkretnie rzuciło na mózg, że w ogóle wróciłam i teraz jestem tu, a nie tam, pozostaje otwarte. Ludzie mają takie dziwne pomysły – praca, dom, dziecko, które pozbawione kurateli rodzicielskiej niechybnie stoczy się do rynsztoka, a pod kuratelą to może ciut później, no i w ogóle jakieś chore poczucie obowiązku.  I tera z ręką w nocniku mogie se powspominać co najwyżej.

Tego dnia obudziłam się na pokładzie łódki zakotwiczonej przy wyspie Komodo.  Wcześniej przez pół nocy nasłuchiwałam dziwnych odgłosów, bo wszystko wokół chlupało, żyło i porozumiewało się między sobą.  Co gorsza nie miałam pojęcia, jakie dystanse pokonują warany w wodzie, ale pamiętałam, że krew wyczuwają z odległości kilku kilometrów, a ja właśnie miałam krwawą ranę na nodze. Poprzedniego dnia przejechałam na kostce u nogi znaczny odcinek wyboistego terenu na Rinca. Przewodnik powiedział, że to nic nie szkodzi i raczej mało prawdopodobne, by warany już się zwiedziały i z prędkością 20 km na godzinę zmierzały ku nam, aby mnie zjeść, jednak lepiej żebym nie krwawiła po drodze. Pozrywał jakieś listki, trochę ugniótł, trochę popluł i położył mi tę papke na nogę.

Rana zasklepiła się od razu, ale kto te warany wie. Może taką podleczoną krew też wyczuwają? Część nocy upłynęła mi więc na nasłuchiwaniu wdrapujących się po drabince na pokład licznych desantów.

Na śniadanie były smażone banany. Pamiętam to dokładnie, bo pielęgnuję w sobie to wspomnienie, tym staranniej im zimniej za oknem.

Ale do rzeczy: Park Narodowy Komodo został założony w 1980 roku, aby chronić wymierający gatunek, liczący w prostej linii prawie milion lat. Wiek najstarszych kopalnych śladów, które dotrwały do obecnych czasów, ustalono na ok. 900 tys lat.

Warany nie sprawiają sympatycznego wrażenia. Zresztą generalnie mi z gadami jakoś niespecjalnie po drodze, podejrzewam je o słabą komunikatywność. Waran z Komodo jest o tyle wredny, że ma w ślinie 50 bakterii, które potrafią zapaskudzić cały organizm ofiary i ostatecznie walnie przyczynić się do jej zgonu. Na dodatek, co uważam za okoliczność obciążającą, warany pożerają też siebie nawzajem. Rząd Indonezji nie popiera tego procederu, bo jeśli warany zjadają się wzajemnie to siłą rzeczy jest ich mniej, a powinny jednak zapracować na ten swój park. Więc celem ukrócenia tych gorszących praktyk, sprowadzono im pod nos stada saren, jeleni i wodnych bawołów, żeby miały na co polować.  Z psychologicznego punktu widzenia sarny mają przerąbane, bo trudno ich egzystencję nazwać dożywociem, raczej Igrzyskami śmierci. Warany zaś preferują obróbkę sadystyczną – dopadłszy ofiarę wsączają jad, a potem tygodniami chodzą za nią, czekając aż zejdzie.

 

Mi się zasadniczo takie CV nie wydało atrakcyjne, więc namawiana do pozowania z waranem, byłam troszkę niechętna, stąd ten nerwowy skurcz twarzy (i waran widoczny na zasadzie „wytęż wzrok”). On tam jest, przysięgam!