Kultura

House of cards czyli nowe rozdanie

„Obyś żył w ciekawych czasach” przepowiada ponuro chińskie przysłowie. No i faktycznie jakoś tak się dzieje, że na naszych oczach wiele rzeczy, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić, odchodzi w przeszłość. To jest, rzecz jasna, nieodłączna składowa postępu, jednak teraz to się odbywa dosłownie z dnia na dzień.  25 lat temu kolekcjonowałam karty z E.T, w które zaopatrywała mnie kuzynka z Kanady, takie podobne trochę do późniejszych Pokemonów, z tą różnicą, że przedstawiały kadry z filmu. Dzięki temu mogłam w dowolnym momencie odtworzyć tamte emocje, bo ciężko było podówczas wyobrazić sobie, że można mieć film w domu i oglądać kiedy się chce.

Ostatnio postęp zajrzał też do nas, dalekiego kraju, który dał światu papieża, kilku noblistów, z których szczęśliwie większość nie żyje, co skutecznie uniemożliwia im opowiadanie głupot publicznie, wódkę oraz kiełbasę podwawelską, która, jeśli wierzyć reklamom ING, już przegoniła ich kiełbasę.  Od niedawna na ziemi, tej ziemi, możemy korzystać, za symboliczną opłatą, ze Spotify i całkiem legalnie pościągać sobie jaką chcemy muzykę na nasze smartfony.  Oraz z platformy Netflix, umożliwiającej, za jedyne 8 dolarów miesięcznie, być na bieżąco z tym, co się  w wielkim świecie dzieje.

I na tym nie koniec. Kolejny przewrót dokonał się właśnie na gruncie seriali. Dotąd monopol na ich produkcję miały stacje telewizyjne. Widz mógł wybierać jedynie między świętojebliwymi serialami stacji ogólnodostępnych, w których zbłąkani małżonkowie nieodmiennie wracają na łono rodziny, a kołdry zawsze są asymetryczne, żeby przykryć co konieczne, a produkcjami kanałów płatnych, gdzie wszyscy uprawiają seks ze wszystkimi, a czasem, jak im puszczą nerwy, mogą też zostać seryjnymi mordercami. Aż do teraz. Monopol został bowiem przełamany i powstał serial „House od Cards” wyprodukowany przez Netflix. Jest to przedsięwzięcie pod wieloma względami pionierskie. Po pierwsze Netflix nie jest stacją telewizyjną tylko rodzajem gigantycznej wypożyczalni filmów i seriali, czyli pracował dotąd na powierzonym materiale. Po drugie do produkcji zaangażowano największe nazwiska. Reżyserem pierwszych dwóch odcinków oraz producentem wykonawczym całości jest David Fincher, zdobywca Złotego Globu za „The Social Network”, w głównych rolach wystąpili dwukrotny laureat Oscara Kevin Spacey oraz zdobywczyni Złotego Globu za „Forresta Gumpa”,  Robin Wright.  Po trzecie serial został przedstawiony widzom jako gotowa, 13-odcinkowa całość.

 

I co nam mówi Netflix tym serialem? Ano mówi nam, że telewizja, jaką znamy, właśnie przeszła do historii. Ja osobiście nie mam nic przeciwko. Lubię przemyślane seriale, bo przypominają mi czytanie książki. Można odłożyć i wrócić później, bohaterowie nadal tam będą. Nie da się tego porównać z filmami kinowymi, które działają bardziej na zasadzie „jeśli chcesz to mnie bierz, ale teraz, bo się potem rozmyślę”,  jak proponował Adolf Dymsza.  A jak to wygląda fabularnie?

„House of Cards” do lekkich fabuł z pewnością nie należy. Skrótowo mówiąc, przedstawia mechanizmy władzy  w samym wesołym centrum Wszechświata czyli w Waszyngtonie. Błyskotliwy kongresmen (zmęczony życiem Spacey z mocno już poszarzała twarzą), którego koniec smyczy trzyma ambitna żona (przepiękna Wright, po prostu jak gazela!) świętuje nadejście nowego roku 2013 w przekonaniu, że nominację na Sekretarza Stanu ma w kieszeni. Okazuje się jednak, że nie, bo partii nadal zależy na tym, by zatrzymać go na stanowisku szarej eminencji, czyli, jak sam to ujmuje, hydraulika, odpowiedzialnego za pozbywanie się szlamu z rur.  Kevin nie wygląda na zachwyconego tą decyzją, więc wióry lecą.

 

Po pierwszych dwóch odcinkach, które klimatem i tempem przypominają trochę „Ojca chrzestnego” i praktycznie każdy może obudzić się z głową konia w łóżku, scenarzyści łapią oddech i uświadamiają sobie, że mają  jeszcze do nakręcenia 11 odcinków. Kongresmen także bierze trochę na wstrzymanie i szybkie akcje zastępuje pokaz oplatania ludzi siecią skomplikowanych zależności, przysług i rewanżów. Spacey co jakiś czas odwraca się do kamery i wyjaśnia widzowi bezpośrednio, co robi i dlaczego w ten sposób. To z jednej strony pozwala na uwypuklenie jego machiawelistycznego zacięcia, z drugiej jednak sprawia, że polityka najwyższego szczebla zaczyna wydawać się dziecinnie prosta, no bo cóż trudnego w wybadaniu człowieka i trafieniu w jego czuły punkt? W końcu każdy ma jakieś swoje słabości. Ale jest to przekonanie tak złudne jak obserwowanie Adama Słodowego z tym jego wskaźnikiem. Niby wiadomo, co zrobić, żeby przemyślnie skonstruowany chałupniczo peryskop zadziałał, ale jak się okazuje, w praktyce nie jest to takie proste, poza tym trzeba też umieć na to wpaść.

Czy polecam? A tak, pani dobrodziejko, jak najbardziej polecam.  Tylko  nie zalecam nadmiernych refleksji w stylu : skoro mają tam w tych Stanach, mocarstwie w końcu, jedynym światowym btw, taki bajzel, to jakim cudem się to wszystko jeszcze trzymie? Jeśli naprawdę chcemy doczekać kolejnego poranka bez dojmującego przeczucia, że trza by się pilnie zapisać na lekcje koreańskiego to lepiej nie.

 

 

 

 

 

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *