Miejsca

King Kong, orki i inne zwierzęta cz.2

Czyli ciąg dalszy reminiscencji kanaryjskiej. Loro Park, uchodzący za jedną z największych atrakcji Teneryfy, to moim zdaniem takie miejsce, w którym każdy może się poczuć, jakby znów miał 10 lat. Mój mąż był zafiksowany na orki, bo ogród szczyci się najbardziej spektakularnym Orca show na świecie. Czy ja wiem… Większość zwiedzających, nie ma zdaje się, porównania, więc musimy wierzyć na słowo. Lata temu (tak dawno, że to mogło być w poprzednim życiu) byłam w Marinelandzie nad Wodospadem Niagara i tam też mieli orki. Ale do performansu wystawili delfiny i lwy morskie, no więc nie wiem. Może z orkami jakoś się nie dogadali.

W Loro Park pokaz orek jest poprzedzony wyświetlanymi na tablicy przechwałkami, jaki to unikatowy przykład współpracy między człowiekiem a ssakiem, bądź co bądź mięsożernym. W kilku językach, żeby nikt broń Boże nie przeoczył. Wszystko pięknie, ale jakoś nie było odważnego, co by się z tymi orkami wykąpał. Potem doczytałam w internecie, że orki nie są zachwycone tą wymuszoną współpracą, a zwłaszcza małym, jak na ich potrzeby basenikiem i jakkolwiek w naturalnym środowisku rzadko atakują ludzi to w ogrodach zoologicznych bywa, że dochodzi do aktów agresji. Tak po prawdzie to człowiek nie wydaje mi się jakimś super wyrafinowanym przysmakiem dla orki. No może jako przekąska, ale to też na upartego, bo żylasty. Jeśli więc atakują ludzi w zoo to chyba muszą być wyjątkowo znudzone.

 

I rzeczywiście pokaz odstawiły, mam wrażenie, na odwal się. Zresztą w Loro Park orki mają specjalne przywileje. Lwy morskie występują pięć razy dziennie, delfiny cztery, a orki tylko dwa. Mogą więc spać do południa, a od 16-tej już mają fajrant, podczas gdy lwy nadal siedzą w biurze.

 

Mąż, który strasznie się napalił na te orki i trzymał miejsce w pierwszy rzędzie w strefie niechlapiącej już na pół godziny przed seansem, trochę był rozczarowany tym, co zaprezentowały. Nie wiem, czego się spodziewał. Ze wyjdą z wody i ludzkim głosem podziękują za ryby?
Ja zresztą od początku stawiałam na pingwiny. To jest dopiero coś! Wybieg dla pingwinów jest naprawdę super. Wszystko tam mają, nawet śnieg pada.

W związku z tym na ich wybiegu ciągle przebywają jacyś ludzie w kurtkach puchowych, z łopatami i taczkami, którzy najwyraźniej są odpowiedzialni za przerzucanie śniegu.

 

Pingwiny królewskie są karmione doustnie. Popołudniu, kiedy poszliśmy je odwiedzić drugi raz, akurat trafiliśmy na porę karmienia. Pani w puchowej kurtce wywoływała z listy, a jej asystent łapał delikwenta i pakował mu rybę do gardła. Nie zawsze mu się udawało. Najwyraźniej niektóre pingwiny postanowiły przejść na dietę, bo co chwila jakiś odmawiał jedzenia i ile sił w krótkich nóżkach, uciekał na skały. Wtedy asystent od karmienia gnał za nim, rzucał się tygryskiem na delikwenta i dokarmiał siłą.

Inny gatunek pingwinów, z wybiegu obok, jedzenie musiał sobie upolować sam. W wodzie miał gotowce. Tu akurat trafiliśmy na porę dokarmiania ryb. Dwóch pracowników wrzucało do wody coś z wiadra, a ryby się kotłowały. Wywołał to taką panikę, że wszyscy na hurra wygramolili się na zewnątrz i podejrzliwie obserwowali, co się w tej wodzie dzieje. Zafascynowało nas to, więc staliśmy przed szybą co najmniej pół godziny, czekając aż dokarmianie ryb się skończy. Pingwiny nie od razu zaryzykowały wejście do wody. Na początek wysłały zwiadowcę. Dopiero kiedy sprawdziły, że dał radę i przeżył, zaczęły po kolei dawać nura.

 

Thriller z udziałem pingwinów zakończył się szczęśliwie, ale my z tego wszystkiego prawie spóźniliśmy się na autokar. Następnego dnia mieliśmy wycieczkę na wieloryby. Przy kupowaniu biletów powiedziano nam, że mamy 99% szans, że je zobaczymy. Taaa – pomyślałam sobie – na Malediwach włóczyli nas dwie godziny po pełnym morzu, żebyśmy zobaczyli delfiny i w rezultacie widzieliśmy jeden ogon w przelocie. Na dodatek w deszczu. To była tragedia. Japonkom koafiury się rozmoczyły i z dwóch tysięcy zdjęć pstrykniętych spontanicznie przez ich chłopaków na łódce no to daj Boże żeby jedno się nadawało. A że daszek był taki bardziej symboliczny i szkwał zawiewał bokami, torebki Louisa Vuittona na moich oczach potroiły swój ciężar i bałam się, że pójdziemy na dno. Nie wspominając już o wycieczce na Kostaryce, gdzie to hoho co my tam mieliśmy zobaczyć, a skończyło się na jednym martwym żółwiu pływającym do góry łapkami.  Nauczona doświadczeniem, zminimalizowałam z czasem swoje oczekiwania, więc tym bardziej się zdziwiłam, że wieloryby faktycznie były. Dały się zaskoczyć we śnie. Jak wiadomo, wieloryby, podobnie jak delfiny, śpią tylko częścią mózgu. Reszta czuwa, pilnując pór wynurzania się w celu zaczerpnięcia powietrza i alarmując o ewentualnych zagrożeniach.

Jak widać śpiacy wieloryb wygląda trochę jak mały U-boot.  Przewodniczka poinformowała nas, że są na świecie tylko 3 miejsca w których żyją wieloryby – piloty. Wody między Teneryfą a La Gomerą są jednym z nich.

Na koniec skwaszona foka na katamaranie:

 

 

 

 

 

3 komentarze

  • Marti_Kona

    O rany, czym oni się szczycą… Show orek z LP jest dosyć słaby w porównaniu z tymi jakie ma amerykański SeaWorld (radzę tutaj zwłaszcza zwrócić uwagę na show „Believe” z lat 2006-2010). Treserzy nie pracują z orkami w wodzie, bo były incydenty, a 24.12.2009 zginął treser Alexis Martinez – chociaż to był wypadek. LP jest dosyć często regularnie atakowany przez aktywistów. W zasadzie MarineLand też. Nie wiem kiedy byłaś dokładnie w Ontario, ale jeśli po 1998 roku to część orek przeniesiono do basenów „Friendship Cove”, a część zwierząt pozostawiono w starym, pokazowym „King Waldorf Stadium”. Obecnie w parku mieszka tylko jedna orka, ale MarineLand może trzymać orki złapane w Rosji, głoszą, że Kiska (ta orka) jest w ciąży i być może trafi do Japonii albo jakaś orka przybędzie do Kanady. Ciekawe ile z tego się sprawdzi…

    • ewok

      Ja się wcale nie dziwię, że park jest obiektem niechęci aktywistów, bo mi w zasadzie wystarczył widok tych biednych goryli, stłoczonych w piątkę na naprawdę małym wybiegu. Znaczy w porównaniu z warszawskim ZOO to jest super wypas luksus, ale dla goryla to klaustrofobiczna klitka. Uważam także, że wielkie napisy, żeby nie używać flesza są niewystarczające. Takie ostrzeżenie powinno się tatuować zwiedzającym na czole, może wtedy pojmą.
      W Ontario byłam dawno, na King Waldorf właśnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *