Jak nie dać ciała na degustacji wina

W obecnych czasach, nie ma zmiłuj, na winie trzeba się znać. A przynajmniej dobrze udawać. Na sali pełnej ludzi, którzy na winie znają się zawodowo, nie jest to łatwe. Wymagania są nieco inne niż w sytuacji, gdy próbujemy wkręcić się na przykład w towarzystwo popijające sikacza pod osiedlowym śmietnikiem, więc wystrojenie się w waciak, walonki, siąknięcie nosem i wymamrotanie „dobre, kurna, gładko wchodzi”z jednoczesnym uniesieniem łokcia do góry w geście aprobaty, raczej nie gwarantuje sukcesu.


Siedząc przy stoliku z redakcją magazynu Wino, autorami blogów kulinarnych, mając za plecami różnonarodową grupę wine – makerów i organizatora degustacji, można poczuć pewne onieśmielenie. Na szczęście istnieje kilka prostych sposobów, aby wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Po pierwsze należy opanować słownictwo. Zapominamy więc prostą dychotomię smakuje – nie smakuje, a już na pewno nie łączymy tego czasownika z mianownikiem – kto, co nam smakuje? wino. To poważny błąd. Stosujemy go wyłącznie z biernikiem – kogo, co smakujemy? To otwiera przed nami szereg różnych możliwości. Możemy smakować po prostu wino, ale lepiej jest smakować bukiet. Bukiet także, tu na szczęście nie ma drastycznych zmian językowych, można wąchać i poczuć. Chociaż lepiej jest poczuć nutę, najchętniej jakąś konkretną. Nuta miodowa zwykle jest pewniakiem w przypadku win deserowych, często także jest obecna w winach wytrawnych, ale przed wygłoszeniem takiej opinii lepiej się rozejrzeć po ludziach, celem sprawdzenia po oczach, czy też ją poczuli, albo zajrzeć do folderu, który otrzymaliśmy przed imprezą. Po drugie przygotowując się do degustacji warto poświęcić nieco czasu na zajęcia ruchowe, szczególnie z zakresu koordynacji. Przydadzą się jak znalazł na okoliczność oddychania. Nie naszego, tylko wina oczywiście. Wino musi pooddychać, aby wydobyć ten wzmiankowany już bukiet. W tym celu kręcimy nim w kieliszku, w regularnych odstępach czasu wtykając tam nos, żeby sprawdzić, czy już się ten bukiet dobył, czy jeszcze wyczuwalna jest beczka na pierwszym planie. Osoby początkujące mogą kręcić kieliszkiem postawionym na stole, co jest znacznie łatwiejsze, zapobiega wychlapaniu zawartości i nie stanowi żadnego despektu towarzyskiego. Ale docelowo, rzecz jasna, musimy opanować sztukę kręcenia w powietrzu, co, o ile nie uczęszczaliśmy na zajęcia do Julinka, może być pewnym wyzwaniem.
Po tym przydługim wstępie, pozwólcie, że przejdę do rzeczy. Degustacje win urosły ostatnimi czasy do najmodniejszego sposobu spędzania wieczorów. Nie jest to oczywiście rozrywka ogólnodostępna. Tym bardziej, skoro już znaleźliśmy się w tym elitarnym gronie, warto zatroszczyć się o to, by nie dać ciała. Czyli ubrać się porządnie i schludnie, nie jakieś tam kolczyki w odkrytym pępku, półkilometrowe tipsy czy katana z ćwiekami, no chyba że jesteśmy uznanym artystą, takim odjechanym raczej, nie dopijać zawartości kieliszka po to, by po siódmym degustowanym winie wskoczyć na stół i zainicjować taniec w Gangham style i nigdy, przenigdy nie interesować się zawartością srebrnego kubełka postawionego na stole.

zdjęcie zamieszczam dzięki uprzejmości Joasi z  zaprzyjaźnionego bloga krolestwogarów.blogspot.com


Dwa tygodnie temu miałam przyjemność gościć na degustacji win rumuńskich, zorganizowanej w warszawskiej Enotece przy ulicy Długiej. Od lat jestem wierna fanką tej winiarni, gdyż, uważam, w stolicy niewiele jest miejsc, które przez lata trzymają ten sam najwyższy poziom pod każdym względem. Jeśli chodzi o spędzenia miłego wieczoru, Enoteka jest pewniakiem.
Rumunia może nie każdemu intuicyjnie kojarzy się z winnicami, a Transylwania, z której pochodziły zaprezentowane nam wina, budzi skojarzenia z zupełnie inną, bardziej organiczną cieczą. Austriacki wine maker Willi Opitz, pragnący przybliżyć nam ten temat, najwyraźniej liczył się z takim odbiorem, gdyż w regularnych odstępach czasu zachwalał nam element zaskoczenia. Bo gdybyśmy nie widzieli naklejki producenta, to co byśmy pomyśleli? Ze to toskańskie albo francuskie wino. A tu się okazuje, że z Transylwanii pochodzi. Czyli gorsze nie jest. A czy lepsze? To sprawa indywidualna. Aby przekonać nas, że wina pochodzące z ojczyzny Drakuli, są po prostu w dechę, kucharz Enoteki wspiął się na wyżyny co najmniej wysokości rumuńskich Karpat, a moim zdaniem nawet je przeskoczył. Każdemu winu towarzyszyła przekąska, podkreślająca jego smak.
Feteanasca Regala została podana w towarzystwie parmezanu z pomidorkiem koktajlowym i bazylią, Feteasca Alba z krewetką królewską z pomidorkiem cherry, Sauvignon Blanc z grillowanym serem na cykorii z dodatkiem gruszki, a ja rozpłynełam się nad przegrzebkiem na sosie szafranowym serwowanym do Cuvee Chardonney & Pinot Gris. To był mój debiut w dziedzinie przegrzebków i nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego. Co to dużo mówić, ponieważ nadal bliższe są mi klimaty mniej elitarne, a bardziej przaśne, wylizałam talerz swój oraz małżonkowski, tak raczej do gołej ceramiki. Nie wstydzę się tego. Jak to mówią – dziewuchę ze wsi wygonisz, ale wsi z dziewuchy nie. To właśnie mój casus. Drugim olśnieniem wieczoru okazała się polędwica medium na polencie. Smak na podniebieniu został i nie dał o sobie zapomnieć. W związku w tym na weekend zapodałam domowo polentę i wołowinę, ale gdzie mi tam do szefa kuchni Enoteki. Pojary, że tak powiem, nie ma.

Wszyscy szykowali się na Merlot Private Selection 2011, serwowane jako siódme w kolejności. Niestety, jak to zwykle bywa z great expectations, zawiodło. Zdaniem koneserów, z którymi siedziałam przy stole, za dużo było w nim beczki.

Willi Opitz i ja. Zdjęcie powstało dzięki uprzejmości Joasi z krolestwogarow.blogspot.com

 

Reasumując – wrażenia niezapomniane. Zarówno pod względem winiarskim jak i kulinarnym, a ponieważ, czego nigdy nie ukrywałam, mam zwyczaj myśleć żołądkiem, wrażenia kulinarne przesądziły. Ponieważ dobre jedzenie nastraja mnie poetycko, zaryzykuję hipotezę, że szef kuchni Enoteko wart jest tyle złota, ile sam waży, a tylko ze względu na sympatie wobec szefa restauracji, Macieja Bombola, mam nadzieję, że kucharz przebywał ostatnio na jakiejś diecie odchudzającej, nie dopadł go efekt jojo i waży niewiele.

I last but not least, bo sprawa w oczach laika może nie wyglądać na kluczową, ale koniec końców może nas kompletnie zdyskredytować na degustacji, a szkoda by było, skoro już wyjęliśmy kolczyki z pępka, opanowaliśmy kluczowe pojęcia i przestawiliśmy się  duchowo z sikaczy na wyższą półkę, nigdy, pod żadnym pozorem, choćbyśmy konali z głodu, nie wolno nam sięgnąć po pieczywo. Ono bowiem neutralizuje smak i całą pieczołowicie obmyśloną listę win, prowadzącą nas od aperitifu po deser, szlag trafi.