Starówka

Każdego roku o tej porze zbiera mi się na patriotyzm. Nie chodzi o to, że normalnie, poza tym czasem, niczego takiego nie odczuwam, chociaż… nie, prawdę mówiąc, nie odczuwam. Nie widzę w gruncie rzeczy żadnego powodu, by identyfikować się szczególnie z jakimś krajem tylko dlatego, że się w nim urodziłam. Albo że oglądałam „Rejs” i „Misia” i biorę udział w wyborach.  Szczerze mówiąc nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby z okazji jakiegoś święta wywiesić flagę. Każdy szanujący się poseł PiS-u usiadłby i zapłakał nade mną jak Coelho nad brzegiem Piedry w tej fatalnej grafomańskiej książce.

Jedyne, co mam do zaoferowania to skromny lokalny patriotyzm ograniczony do miasta, w którym spędziłam całe życie. No i jak co roku przymierzamy się właśnie do świętowania rocznicy bohaterskiego puszczenia Warszawy z dymem i wykrwawienia na śmierć całego starannie wykształconego w najlepszych szkołach pokolenia. Nikt chyba nie zaprzeczy, że są powody do dumy. A nie, przepraszam, Radosław Sikorski  zebrał się w zeszłym roku i o ile pamiętam, nie skończyło się najlepiej.

„Więc gdy runą ostatnie domy, na Piekarskiej, na Piwnej, Kanonii, tylko mur się przesunie ruchomy i gdzie indziej zabrzmi „do broni!”  – recytowałam z przejęciem na apelu szkolnym lata temu. Były to, jak wiadomo z historii, prorocze słowa, zwłaszcza w zakresie runięcia domów, jednakże optymistyczny przekaz nie do końca się sprawdził i rezultat wyglądał następująco:

 

Ciężko jest zauważyć miasto, o którym myśli się, że się je zna jak własną kieszeń.  Zwykle patrzy się nie widząc, przebiegając stała trasą, nie rozglądając się na boki, bo liczy się cel a nie droga. No i trudno się skupić między okienkiem z niebiańsko pachnącymi bułkami z pieczarkami a kolejką po lody, lawirując w tłumie. Po jakiś dziesięciu latach pokonywania tej samej drogi z biura na pocztę na Rynku, z częstotliwością raz w tygodniu, zauważyłam pewną bramę. W przeciwieństwie do reszty budynku, zbudowanego, jak większość Starówki, w latach 50-tych, była autentyczna. To zapewne jeden z tych kikutów widocznych na zdjęciach ruin. Po jakimś czasie zauważyłam drugą, niedaleko. I tak stopniowo stałam się specjalistką od znajdowania autentycznych bram.

Teraz, kiedy tylko mam okazję, zaganiam znajomych, czy chcą czy nie chcą, żeby oglądali bramę, tę pierwszą znalezioną. Po paru drinkach zaganianie idzie znacznie sprawniej, chociaż trudno zakładać, że cokolwiek zapamiętają.

Miniona sobota rozpieściła nas śródziemnomorskim wieczorem, wprawdzie brama okazała się zagrodzona i nie mogłam zrobić zdjęcia, ale postanowiliśmy za to posiedzieć na Placu Zamkowym. Przyznam, że przepełniało mnie poczucie winy, że tak rzadko tam chodzę. Mam w pamięci znacznie więcej magicznych wieczorów spędzonych w Santo Domingo, Hawanie czy Kandy niż w Warszawie. Winię polską pogodę.

No i mówię Wam, jak na na tej Starówce jest ładnie!