Miejsca,  Życie

Pazury

Elegancka dama powinna moim zdaniem stosować klasyczna czerwień, bądź też  zarzucić se na pazury burgunda Diora czy innego Szanela. Kłopot w tym, że obecnie znajduję się w niejakim rozkroku i ta blachara jednak ciągle ze mnie wyłazi. Nie żebym zawsze i nieodmiennie tkwiła w klimatach typu fotkapeel, ale tak jedną nogą to i owszem.

Cóż, lato rządzi się własnymi prawami i choćby człowiek nie wiem jak bardzo chciał być damą (z łasiczką, gronostajem czy chujwieczym) to latem, kurde, nie wychodzi. Bo regały Rimmela, Astora i innych kuszą kolorami i nęcą, żeby się zblacharzyć. Jadowitą żółcią, pomarańczem, lawendą czy seledynem.

Ja osobiście nie przepadam za rażeniem w oczy kolorem pazurów na przednich kończynach. Ale czasem się złamię. Na ten przykład ostatnio zakupiłam okazyjnie ofertę z Groupona na pazury. I pojechałam pomarańczem, a co tam, w końcu wakacje!

Ale ja nie o tym.

Rozchodzi się o grubszą kwestię, czyli całościowe zadbanie o pazury. Jeśli o to chodzi to różnie mówią, a ja powiem Wam najszczerszą prawdę, gdyż wszystko, co wymyślono, już przerobiłam na własnej płytce.  Zaczęłam od żelu. Przez kilka lat nosiłam tzw. french, po czym przerzuciłam się na akryl w taki sam wzorek. Czemu zrezygnowałam – nie wiem. Parafrazując Noblistkę, rozpoczęłam bez wprawy, porzuciłam bez rutyny. Po prostu pewnego dnia te moje zadbane, wymuskane pazury wydały mi się zbyt sztuczne. Może dlatego, że były sztuczne. Czy to może mieć jakiś związek, droga redakcjo? Pomyślałam, że do mojej rozwichrzonej osobowości bardziej pasują pazury pozostające w artystycznym chaosie, lekko nawet uszczerbione, słowem ręce spracowanej kobiety, która żadnej pracy się nie boi.

Przetrwałam  w tym artyźmie jakieś parę miesięcy, po czym zarzuciłam hybrydą. Teoretycznie fajna, w praktyce -przez drugi tydzień to już z lekka trąciła dekadencją, gdyż płytka odrastała i się robił pasek u nasady paznokcia.  A co gorsza, odrastały też i skórki, i to tak intensywnie jakby chciały wziąć jakiś odwet. Ostatecznie ph samo zadecydowało i pewnego dnia hybryda zaczęła złazić, jakby jej ktoś za to zapłacił. Resztę dopełniłam zębami własnymi, tydzień wytrwałej pracy i po hybrydzie śladu ni popiołu. Poza tym co to za fan mieć przez 2 tygodnie ten sam kolor.

Skończyło się na zakupie dwóch lakierów, obiecujących, że w 60 sekund schną na mur beton.

 

U mnie słowo pisane droższe pieniędzy, więc uwierzyłam. I faktycznie,  słowo ciałem się stało. Minuta i można se tymi ulakierowanymi pazurami w torebce grzebać, czy gdzie tam komu ochota przyjdzie. Nic się nie maże, zupełnie jak po lampie UV. I już – już chciałam odtrąbić sukces, który spowodowałby był , że mój obecny wpis zamieniłby się w hymn ku czci, gdyby nie jeden zasadniczy drobiazg. Efekt po zmyciu niebieskiego lakieru na rękach prezentuje się następująco:

Przysięgam, że nie grzebałam nimi w kałamarzu! Samo się tak zrobiło. Na szczęście na miejscu mam możliwość odmoczyć się w jacuzzi i wypocić ten atrament w saunie parowej, więc wieczorem już prawie śladu nie było. Ale co, jeśli nie mamy sauny parowej na podorędziu?
Apeluję, aby każdy rozważył to we własnym sumieniu.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *