Zaskakujący finał „The Good Wife”

Zaskoczenie polegało głównie – i niestety wyłącznie – na odkryciu, że 22-gi odcinek jest finałem serii. Dlatego tak skandalicznie się opóźniłam. Czekałam na kolejne 2 odcinki, bo nic, moim zdaniem, nie wskazywało na to, że to już koniec.  Nie dowierzając, sprawdziłam na stronie CBS no i faktycznie chwilowo nie ma sensu czekać na dalszy ciąg. Cóż, trzeba będzie z tym żyć.

Najwyraźniej scenarzyści cierpieli na zbiorową migrenę, albo odcięto ich od tego, co brali przez pierwsze 2 sezony, bo cliffhangery wypadły raczej mizernie. Mnie osobiście najbardziej interesuje, kiedy dzieci Aliszji, karmione od 3 lat pizzą z mikrofali, dostaną wreszcie szkorbutu i spodziewam się, że nastąpi to w 4 sezonie. Nawiasem mówiąc nieodmiennie zadziwia mnie optymizm scenarzystów, zapewne bezdzietnych, promujących model wychowania nastolatków oparty na rzuceniu im od czasu do czasu ochłapu wysoko przetworzonej żywności oraz odegraniu raz na pół roku szopki pt.”Jestem okropną matką”. Gdyby to było takie proste, stary i ja nie bylibyśmy teraz wypalonymi emocjonalnie, uzależnionymi od używek wrakami, a przyrost naturalny kwitłby w najlepsze. To, że z jakiś względów coraz więcej ludzi woli inwestować uczucia w psa, kota lub złotą rybkę, zawiera moim zdaniem jakąś głęboką mądrość, opartą zapewne na instynkcie samozachowawczym.
Ale ja nie o tym. Spotkałam się z opiniami, że serial z sezonu na sezon staje się coraz lepszy. Niestety, bo traktuję tę sprawę osobiście, nie mogę się z nimi zgodzić. Kiedy z ponad rocznym poślizgiem zaczęłam oglądać „The Good Wife”, po każdym odcinku zastanawiałam się, dlaczego spędziłam minione 2 lata w przekonaniu, że jestem stara i nic mnie już w życiu nie czeka. A to trzeba było oglądać zamiast gdybać! I taka kuracja o ile ekonomiczniej wypada w porównaniu ze sprawdzonymi sposobami na kryzys wieku średniego jak lifting, sportowy samochód czy kochanek wystylizowany bardziej niż my. No i teraz czuję się trochę tak, jakby mi się kroplówka przytkała.

To, co scenarzyści zrobili z osią fabularną, którą stanowił trójkąt emocjonalny Aliszji, Petera i Willa, jest dla mnie psychologicznie niewiarygodne. Facet, szalejący z miłości przez ponad 2 lata, wyznający w końcu uczucie jedynej kobiecie, o której wiemy, a być może w ogóle jedynej w jego życiu, od stycznia zaczyna na nią patrzeć z czułością zarezerwowaną dla dostawców pizzy oraz specjalistów od naprawy klimatyzacji. Być może jest socjopatą i to właśnie, oprócz szkorbutu, stanie się największym suspensem kolejnego sezonu, zwłaszcza jeśli przy okazji okazałby się seryjnym mordercą, co, zważywszy sukcesy House’a i Dextera, miałoby sens marketingowy.
Kampania Petera ciągnie się jak flaki z olejem, a on sam na oczach widzów przeistacza się w rozmemłaną miągwę, która sama nie wie, czego chce. Od biedy dałoby się w to uwierzyć, gdyby scenarzyści pochylili się jakoś nad tym wątkiem i uzasadnili jego wątpliwości. Złowieszczy mąż Kalindy wyskakujący znienacka jak deus z machiny to w ogóle jakiś żart. Slapstickowe pomysły, wygrywane do bólu w finałowym odcinku, same w sobie nie są złe. Ja też uwielbiam „Noc w operze” braci Marx, a zwłaszcza scenę w kajucie, a zasygnalizowanie jej w telewizyjnym proceduralu podrasowuje całość i daje do zrozumienia, że reżyser nie jest tłumokiem i jakąś tam szkołę skończył. Ale inspiracja a kopia to dwie różne sprawy.

Właściwie złapałam się na refleksji, że 3 sezon oglądałam głównie dla Cary’ego. Nie żeby mi się jakoś heteroseksualnie podobał, nawet podświadomie oczekuję jego coming outu, ale jak on cedzi słowa! On tak cedzi jak nikt. Gdyby przyznawano Emmy w dziedzinie cedzenia to byłby murowanym faworytem, zapewne dożywotnio. Reasumując – wisi mi kalafiorem, czy Aliszja zawróci z tej wycieraczki czy nie, a złowrogi cień za drzwiami ani mnie ziębi ani grzeje. Tęsknię za emocjami sprzed roku i porównując, w tym czuję się wykiwana.