Nie jest dobrze

W życiu każdej kobiety przychodzi moment, gdy staje ona przed koniecznością dokonania dramatycznego wyboru. Na przykład czy zainwestować polityczne emocje w makiawelicznego staruszka czy raczej gajowego ze strzelbą, a może w ogóle zostać anarchistką. Czy podjąć nierówną walkę z posiadanym już przychówkiem, celem wyprowadzenia go na ludzi, czy też raczej wyprodukować nowe młode na zasadzie „pierwsze koty za płoty”. Czy dokonać mordu ze szczególnym okrucieństwem na chrapiącym chłopie, czy co wieczór znieczulać się alkoholem, ryzykując stoczenie się do rynsztoka, a może upchnąć nastoletnią progeniturę w oknie życia i zająć jej pokój…? To są oczywiście przykładowe drobiazgi. Prawdziwym wyzwaniem jest podjęcie decyzji – jaka dieta. Nie jest to może klasyczna kalka wyboru Zofii, ale to w żaden sposób nie ujmuje jej dramatyzmu.

Z punktu widzenia osoby, mającej do zrzucenia parę kilo, ludzie dzielą się na dwa gatunki. To tak jak – proszę sobie przypomnieć lekcje geografii – Biała i Czarna Wisełka. W końcu trafiają do wspólnego nurtu, ale zanim to się stanie, dzieli je zasadnicza różnica. W przypadku ludzi opiera się ona na tym, że przedstawiciele jednego gatunku przez 30 lat z okładem mieli zwyczaj konsumowania wszystkiego w dowolnych ilościach bez żadnych konsekwencji dla figury, a inni zawsze musieli się pilnować. W wieku okołoczterdziestkowym są łatwi do rozpoznania. Tych z pierwszej grupy charakteryzuje bowiem permanentny wkurw i poczucie krzywdy, co mocno utrudnia akceptację nowych warunków. Drugą grupę, przyzwyczajoną do pilnowania się, cechuje filozoficzny fatalizm, dzięki czemu łatwiej się przystosowuje.

Zabawne w ludziach z pierwszej grupy jest to, że mimo posiadania teoretycznej wiedzy na temat zależności między metabolizmem a wiekiem, ciągle są przekonani, że ich to nie dotyczy i nigdy nie będzie. Rękami i nogami bronią się przed wprowadzeniem jakichkolwiek restrykcji, wierząc, że nadal mogą wpierdalać czipsy z nutellą o wpół do drugiej w nocy. Piszę z doświadczenia. A nawet jak im kilogram przybędzie to w mig zrzucą, bo niby czemu nie, skoro 10 lat temu zrzucali na luzaku. Albo że to woda i w ogóle nie ma się czym przejmować. Co bardziej optymistyczni potrafią nawet uwierzyć, że wyrobili sobie mięśnie pilotem do telewizora, a jak wiadomo, mięśnie są cięższe niż tłuszcz. 7 kilogramów później trzeba się jednak na coś zdecydować. Że albo cierpimy na puchlinę wodną, albo po prostu żremy na maksa, a psa wyprowadzamy samochodem.

Mnie niestety dotyczy ta druga refleksja. Pełna nadziei przeprowadziłam nawet kompleksowe badania lekarskie, jednak okazało się, że nie mam na co tych kilogramów zwalić i najlepiej będzie jeśli zwalę je z siebie. Powoli dociera do mnie, że diety cud tym razem mogą nie zadziałać. Wręcz przeciwnie – ogłupianie organizmu co chwila jakimś nowym wynalazkiem sprawia, że w panice zaczyna odkładać wszystko co może, bo pewnie jakaś wojna wybuchła czy coś. Z drugiej strony człowiek ma swoje nerwy – wakacje za pasem, a producenci kostiumów kąpielowych wyraźnie się wyzłośliwili i rzucają kłody pod nogi.

Ja na razie odstawiłam pieczywo, słodycze, kolacje, alkohol w każdej postaci (szczególnie zdradliwe jest piwo, zawierający najszybszy cukier świata – zdąży się odłożyć zanim jeszcze przecieknie przez układ pokarmowy) i pozapisywałam się na wszelkie możliwe fitnessy. Nawet jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad faktem, że w czepku kąpielowym i okularkach pływackich do złudzenia przypominam Crazy Froga. Aż się dziwię, że żaden z pływających tor obok gimnazjalistów nie poprosił mnie o autograf.

Zamierzałam ten wpis zilustrować zdjęciem pomiaru na mojej wadze łazienkowej, ale niestety pokazuje ona wynik kwalifikujący się do całkowitego wyparcia.

Zamiast tego zaprezentuję zdjęcie mojego dzisiejszego obiadu w kolorystyce  odzwierciedlającej aktualny stan ducha oraz autoportret w stroju kąpielowym.