Śmierć to dopiero początek

Śmierć to dopiero początek

Ksiądz Twardowski pisał, że po zmarłych pozostają tylko buty i telefon głuchy, Wisława Szymborska, że jeszcze kot w pustym mieszkaniu.  Ze śmiercią bliskiej osoby, pod względem emocjonalnym, każdy radzi sobie na swój własny sposób,  najlepszy, bo nasz. I nie będzie to tematem dzisiejszego wpisu. Tematem będzie, że nie przeżywamy naszej żałoby w próżni, bo czasy są jakie są i każdy jest uwikłany w szereg zależności od instytucji różnorakich, które śmierć abonenta traktują jako zaledwie przyczynek do dyskusji, niepozbawionej akcentów humorystycznych. Marek Piekarczyk śpiewał, że idąc cmentarna aleją, szuka zmarłego przyjaciela. Odkąd przyszło mi samej organizować pogrzeb, skupiam się jedynie na pragmatycznej stronie tego utworu, a mianowicie: jak oni to załatwili? Zanim bowiem przejdziemy się nostalgicznie cmentarną aleją, musimy przejść przez piekło formalności, a po drodze będą ofiary, oj będą… Życie po śmierci zaczyna się w zakładzie pogrzebowym. Nauczona smutnym doświadczeniem…

Chiński pokój

Chiński pokój

Zaglądałam na twojego bloga – powiedziała ostatnio koleżanka – Nic nie piszesz, znudziło ci się, czy co? Podejrzewam, że każdy z Państwa zna ten stan: jest sprawa, która nagli, więc trzeba by się  za nią wziąć. To może być cokolwiek: pismo do administracji osiedla, interwencja w sprawie uszkodzonej przesyłki na poczcie, ambitny plan treningowy, który miał być wdrożony w Nowy Rok, a tu jak raz luty się kończy, wezwanie fachowca do pralki, która nagle zasugerowała się Heraklitem,  czy zapisanie się na piaskowanie zębów.  I tu wchodzi  – cały na różowo – Prosiaczek, który, jak wiadomo, im bardziej zaglądał do chatki, tym bardziej Puchatka w niej nie było. No więc się zagląda w głąb siebie, ale się okazuje, że  jest tam tylko głąb. Ziejący. Gdyby chociaż, jak pisał Woody Allen,  można było z tej pustki wyłowić cokolwiek: kalendarz ścienny, zabawkowy telefon…

Jak jeszcze raz usłyszę „munshi” to zaduszę się naczosami

Jak jeszcze raz usłyszę „munshi” to zaduszę się naczosami

Stephen Frears jest klasą samą w sobie. Ojejuniu, jak on umi kręcić kostiumówki! Tak umi jak nikt. Jak się w nim zakochałam dziesiątki lat temu z okazji Niebezpiecznych związków, tak mi do tej pory zostało.  Frears poza tym uwielbia kobiety, zwłaszcza silne i władcze i to widać w każdym ujęciu kamery. Żeby daleko nie sięgać – z jaką on miłością sfilmował Meryl Streep w Boskiej Florence. Helen Mirren nigdy nie wyglądała piękniej niż w wieku 61 lat,  gdy zagrała królową Elżbietę II. Z jakim uczuciem filmuje Judi Dench w każdym filmie, który razem tworzą! Bo kompilacja Judi  Dench i Stephena to więcej niż klasa, to legenda. Nie będę wymieniać, bo i po co? W sumie dla mojego wywodu istotne jest tylko to, że poprzednim razem Judi Dench w roli królowej Wiktorii NIE obsadził Stephen Frears. Zaległości postanowił odrobić w tym…

Szczaw i po szczawiu…?

Szczaw i po szczawiu...?

W 1979 roku ukazała się powieść Edwarda Redlińskiego  Awans. Zaczyna się od tego, że do rodzinnego Wydmuchowa wraca, po ukończeniu studiów niejaki Marian Grzyb. Syn tej wydmuchowskiej ziemi   próbuje przekonać sąsiadów, że są inne sposoby na życie niż jak za Piasta i Rzepichy. Wydmuchowiczanie, początkowo nieufni, a nawet wrodzy, stopniowo dają się olśnić elektryczności, ciepłej wodzie w kranie,  mikserom, malakserom, pralkom automatycznym  i innym tego rodzaju szatańskim wynalazkom.  I kiedy już w niemal każdej chałupie warkoczą nowoczesne sprzęty, odkrywają, z Marianem Grzybem włącznie, że gdzieś się  w tym wszystkim zapodziała ich słowiańska dusza. Myślę, że te 18,5 procenta społeczeństwa, któremu zawdzięczamy rządy Prawa i Sprawiedliwości, przeszło podobną, co Marian Grzyb, drogę. Tylko w pewnym momencie, konkretnie dwa lata temu, nastąpiło przekłamanie. Adam Hofman podzielił Polaków na tych, co popierają PiS, czyli stoją tam, gdzie iPad oraz pozostałych, którzy zostali…