Mui Ne czyli jak być nierosyjską Rosjanką w Wietnamie

Mui Ne czyli jak być nierosyjską Rosjanką w Wietnamie

Wracając do relacji z Wietnamu, większość turystów prędzej czy później kończy w Mui Ne. Jest to przepiękne wybrzeże, zawłaszczone przez sieci hotelowe. Oprócz tego nie ma dosłownie nic. Jako atrakcje turystyczne polecane są: mierzący 49 metrów posąg leżącego Buddy, ale to nie jest żaden zabytek, po prostu poraża wielkością, a dodatkową atrakcją jest to, że można się do niego dostać wyłącznie kolejką linową, największy na świecie szkielet wieloryba, uważanego przez rdzennych mieszkańców Mui Ne za istotę świętą i opiekuńczą, zabytkowa świątynia czamska, białe wydmy, przypominające krajobraz Tatooine, czerwone wydmy oraz „strumyk wróżek”. Można to wszystko spokojnie opędzić w jeden dzień. W tym celu udaliśmy się do miejscowej agencji turystycznej, która, podobnie jak wszystkie tego typu biura, mieści się w salonie masażu i jest prowadzona przez Rosjan. Mui Ne w ogóle jest skolonizowane przez Rosjan. Ciężko usłyszeć na ulicy inny język,…

Dzień, w którym Wietnam wygrał z Malezją

Dzień, w którym Wietnam wygrał z Malezją

15 grudnia, w dniu, w którym odbywała się finałowy mecz ASEAN, czyli Mistrzostw Azji Południowo Wschodniej, po czterogodzinnej podróży z Mui Ne dojechaliśmy wreszcie do Sajgonu. Do tego momentu myślałam, że Bangkok jest zatłoczony. Widziałam sporo miast, których mieszkańcy potrafią wygenerować sporo zamieszania i jeździć z fantazją,  na przykład w Santo Domingo na trzech pasach mieści się przeciętnie pięć sznurów samochodów, już nawet nie licząc tych jadących pod prąd, w Denpasar krążą roje skuterów, no, jest trochę ruchliwych i głośnych miast na świecie, jednak żaden spośród tych, które do tej pory zwiedziłam, nie może się równać z Sajgonem. To jest miasto, które na dzień dobry wali cię na odlew w pysk, a potem powtarza ciosy regularnie, żeby równo spuchło. Mniej więcej taki uczuć, jakby ktoś ci wyciągnął nerwy na wierzch i grał na nich ciężkiego rocka. To nawet nie jest stopniowy…

Śmierć to dopiero początek

Śmierć to dopiero początek

Ksiądz Twardowski pisał, że po zmarłych pozostają tylko buty i telefon głuchy, Wisława Szymborska, że jeszcze kot w pustym mieszkaniu.  Ze śmiercią bliskiej osoby, pod względem emocjonalnym, każdy radzi sobie na swój własny sposób,  najlepszy, bo nasz. I nie będzie to tematem dzisiejszego wpisu. Tematem będzie, że nie przeżywamy naszej żałoby w próżni, bo czasy są jakie są i każdy jest uwikłany w szereg zależności od instytucji różnorakich, które śmierć abonenta traktują jako zaledwie przyczynek do dyskusji, niepozbawionej akcentów humorystycznych. Marek Piekarczyk śpiewał, że idąc cmentarna aleją, szuka zmarłego przyjaciela. Odkąd przyszło mi samej organizować pogrzeb, skupiam się jedynie na pragmatycznej stronie tego utworu, a mianowicie: jak oni to załatwili? Zanim bowiem przejdziemy się nostalgicznie cmentarną aleją, musimy przejść przez piekło formalności, a po drodze będą ofiary, oj będą… Życie po śmierci zaczyna się w zakładzie pogrzebowym. Nauczona smutnym doświadczeniem…

Chiński pokój

Chiński pokój

Zaglądałam na twojego bloga – powiedziała ostatnio koleżanka – Nic nie piszesz, znudziło ci się, czy co? Podejrzewam, że każdy z Państwa zna ten stan: jest sprawa, która nagli, więc trzeba by się  za nią wziąć. To może być cokolwiek: pismo do administracji osiedla, interwencja w sprawie uszkodzonej przesyłki na poczcie, ambitny plan treningowy, który miał być wdrożony w Nowy Rok, a tu jak raz luty się kończy, wezwanie fachowca do pralki, która nagle zasugerowała się Heraklitem,  czy zapisanie się na piaskowanie zębów.  I tu wchodzi  – cały na różowo – Prosiaczek, który, jak wiadomo, im bardziej zaglądał do chatki, tym bardziej Puchatka w niej nie było. No więc się zagląda w głąb siebie, ale się okazuje, że  jest tam tylko głąb. Ziejący. Gdyby chociaż, jak pisał Woody Allen,  można było z tej pustki wyłowić cokolwiek: kalendarz ścienny, zabawkowy telefon…