Dla ułatwienia dodajmy, że jest to imię króla

Dla ułatwienia dodajmy, że jest to imię króla

  Miasto nad Wisłą, bohater oklepanego bon motu z Rejsu, jest, jak dla mnie, miejscem kapryśnym. No bo tak: kiedy jest brzydka pogoda, ciężko się czymkolwiek zachwycać. Kiedy jest ładna, to jest czym tylko nie ma jak. Poprzednią wizytę w Kazimierzu Dolnym, podczas wakacji, wspominam jako koszmar, porównywalny z przechadzką po centrum handlowym 2 dni przed świętami. Do zamku – kolejka, na Rynku – tłum, usiąść i wypić colę – senne marzenie. No i się trochę zniechęciłam. Na szczęście w listopadzie nie ma aż takiego szaleństwa. Wybraliśmy się do Kazimierza z pobliskiego Zelechowa, no bo skoro już jesteśmy w pobliżu to niech tam. Pierwszy szok – można się w ogóle gdziekolwiek ruszyć. Drugi – widać miasto. Poprzednim razem w celu obejrzenia jakieś elewacji trzeba było wyskakiwać ponad tłum.     W bonusie –  feeria jesiennych kolorów i słońce, które wyszło…