Katować się w imię diety

Niedawno podczas rozmowy na towarzyskim forum internetowym padło to właśnie tytułowe stwierdzenie. W kontekście – nie warto katować się w imię diety. Pomyślałam sobie – a właściwie czemu nie? Pod jakim mianowicie względem katowanie się w imię diety jest gorsze od katowania się pracą zawodową w imię mglistej podwyżki? Albo katowania się pracą na działce/ w ogródku w imię najpiękniejszego skalniaka w sąsiedztwie, kosztem jęczącego kręgosłupa i wypadającego dysku? Czy na ten przykład katowania się „Cmentarzem w Pradze” w imię nie wiem nawet czego – mody? obycia? Albo spędzenia połowy dnia na zakupach i większości weekendu w kuchni po to, by znęcać się nad rodziną pięciodaniowym obiadem, którego jak nie zjemy to się zmarnuje, a przecież ludzie na świecie głodują. Ten argument zwykle mnie rozwala. Skoro ludzie głodują to chyba logiczne, że zamożniejsza część świata powinna się raczej wykazać umiarkowaniem…

Nie jest dobrze

Nie jest dobrze

W życiu każdej kobiety przychodzi moment, gdy staje ona przed koniecznością dokonania dramatycznego wyboru. Na przykład czy zainwestować polityczne emocje w makiawelicznego staruszka czy raczej gajowego ze strzelbą, a może w ogóle zostać anarchistką. Czy podjąć nierówną walkę z posiadanym już przychówkiem, celem wyprowadzenia go na ludzi, czy też raczej wyprodukować nowe młode na zasadzie „pierwsze koty za płoty”. Czy dokonać mordu ze szczególnym okrucieństwem na chrapiącym chłopie, czy co wieczór znieczulać się alkoholem, ryzykując stoczenie się do rynsztoka, a może upchnąć nastoletnią progeniturę w oknie życia i zająć jej pokój…? To są oczywiście przykładowe drobiazgi. Prawdziwym wyzwaniem jest podjęcie decyzji – jaka dieta. Nie jest to może klasyczna kalka wyboru Zofii, ale to w żaden sposób nie ujmuje jej dramatyzmu. Z punktu widzenia osoby, mającej do zrzucenia parę kilo, ludzie dzielą się na dwa gatunki. To tak jak –…