Fluksja

Fluksja

Czasem pojawia się nieprzeparta pokusa, by sprzeniewierzyć się Tuwimowi i przekręcić  jakieś słowo, nawet jeśli wiadomo, że przekręcone znaczy coś zupełnie innego. „I takiego łososia zabili… łosia znaczy” – biadolili bohaterowie „Dzikiego białka”. Ja mam taki problem z fuksją. Moim zdaniem czegoś w niej wyraźnie brakuje. Fuksję przemianowałam więc na fluksję. Odmienia się tak samo, czyli kolor jest fluksjowy. Fluksji nikomu nie życzę, bo to podobno ból nie do wytrzymania, ale jako kolor ma swój urok. Z różowopochodnymi trzeba generalnie uważać. Małe dziewczynki wyglądają w nich słodko, te takie bardziej wyrośnięte też, ale w okolicach 40-tki z pastelami robi się problem, bo zaczynają postarzać.  No chyba że komuś zależy na efekcie brytyjskiej królowej oraz jej świętej pamięci mamy. Dla mnie rezygnacja z pastelowego różu nie była łatwa. Przez wiele lat byłam przekonana, że tylko ten kolor sprawia, że nie wyglądam…

Ciemność. Ciemność widzę

Ciemność. Ciemność widzę

Teoretycznie wiem, że czytanie tekstu napisanego małym druczkiem rzadko kończy się dobrze. Ale on jakoś tak zawsze kusi mnie swoją tajemniczością, że chociaż oko mi się słabo akomoduje (wiadomo, starcza dalekowzroczność) zawsze się na niego nabieram. Otrzymane kilka tygodni temu zaproszenie do Teatru Narodowego na „Dozorcę” wprawiło mnie w euforię, przynajmniej do chwili zapoznania się z wydrukowaną małą czcionką instrukcją. Brzmiała ona: obowiązują stroje wieczorowe. Przyznam, że ta uwaga, sformułowana raczej kategorycznym tonem, wprawiła mnie w lekki popłoch. Od czasu do czasu zdarza mi się chodzić do teatru, ale z wyjątkiem premier w Operze Narodowej nie widuję w foyer strojów wieczorowych, a i wtedy nie zawsze. Pomysł wystrojenia się w sylwestrową suknię wzbudził mój zdecydowany sprzeciw, ale z drugiej strony skoro dostałam już zaproszenie to nie chciałam ryzykować, że zostanę wyrzucona z teatru za brak stosownego stroju. Metodą prób i…

Siermięga

Siermięga

Kiedy zobaczyłam w sklepie to dzianinowe coś, na pierwszy rzut oka skojarzyło mi się kanonicznie. Przymiarka potwierdziła moje podejrzenia – wyglądałam jakbym miała stułę na szyi. Ponieważ jestem zdecydowaną zwolenniczką kapłaństwa kobiet, konfesjonalny efekt przesądził o zakupie. I chyba dobrze wyszło, bo debiut wełnianego czegoś moja koleżanka skomplementowała słowami : jaką masz korzystną siermięgę. Określenie nie jest ścisłe, bo o ile mi wiadomo, klasyczna siermięga powinna mieć rękawy, ale nie bądźmy drobiazgowi. Z siermięgami trzeba generalnie uważać, bo lubią dodawać kilogramów i w mgnieniu oka zmienić człowieka w Magdę Gessler. Ale ponieważ ostatnio udało mi się wypocić na siłowni jakieś półtora kilo, poczułam przypływ odwagi i postanowiłam skojarzyć siermięgę z tuniką typu lejba i zrównoważyć nogami. Podobny efekt można uzyskać metodą łączenia z rurkami, ale akurat były w praniu. Drugą istotną sprawą przy siermiędze jest fryzura. Osoby mające krótkie włosy…