Chiński pokój

Chiński pokój

Zaglądałam na twojego bloga – powiedziała ostatnio koleżanka – Nic nie piszesz, znudziło ci się, czy co? Podejrzewam, że każdy z Państwa zna ten stan: jest sprawa, która nagli, więc trzeba by się  za nią wziąć. To może być cokolwiek: pismo do administracji osiedla, interwencja w sprawie uszkodzonej przesyłki na poczcie, ambitny plan treningowy, który miał być wdrożony w Nowy Rok, a tu jak raz luty się kończy, wezwanie fachowca do pralki, która nagle zasugerowała się Heraklitem,  czy zapisanie się na piaskowanie zębów.  I tu wchodzi  – cały na różowo – Prosiaczek, który, jak wiadomo, im bardziej zaglądał do chatki, tym bardziej Puchatka w niej nie było. No więc się zagląda w głąb siebie, ale się okazuje, że  jest tam tylko głąb. Ziejący. Gdyby chociaż, jak pisał Woody Allen,  można było z tej pustki wyłowić cokolwiek: kalendarz ścienny, zabawkowy telefon…

Szczaw i po szczawiu…?

Szczaw i po szczawiu...?

W 1979 roku ukazała się powieść Edwarda Redlińskiego  Awans. Zaczyna się od tego, że do rodzinnego Wydmuchowa wraca, po ukończeniu studiów niejaki Marian Grzyb. Syn tej wydmuchowskiej ziemi   próbuje przekonać sąsiadów, że są inne sposoby na życie niż jak za Piasta i Rzepichy. Wydmuchowiczanie, początkowo nieufni, a nawet wrodzy, stopniowo dają się olśnić elektryczności, ciepłej wodzie w kranie,  mikserom, malakserom, pralkom automatycznym  i innym tego rodzaju szatańskim wynalazkom.  I kiedy już w niemal każdej chałupie warkoczą nowoczesne sprzęty, odkrywają, z Marianem Grzybem włącznie, że gdzieś się  w tym wszystkim zapodziała ich słowiańska dusza. Myślę, że te 18,5 procenta społeczeństwa, któremu zawdzięczamy rządy Prawa i Sprawiedliwości, przeszło podobną, co Marian Grzyb, drogę. Tylko w pewnym momencie, konkretnie dwa lata temu, nastąpiło przekłamanie. Adam Hofman podzielił Polaków na tych, co popierają PiS, czyli stoją tam, gdzie iPad oraz pozostałych, którzy zostali…

Seria niefortunnych zdarzeń Lemony Ducka

Seria niefortunnych zdarzeń Lemony Ducka

W siódmej klasie wypadła nasza kolej na przygotowanie martyrologicznej akademii ku czci. Swoją drogą, jaki to był szczęśliwy czas w życiu, gdy człowiekowi wystarczyło spojrzeć na wiersz, żeby zapamiętać go na dekady. Mój zaczynał się dramatycznie: „A więc stało się! Gruzy już tylko i klęska”. Przypomniałam sobie ten cytat, obserwując serię niefortunnych zdarzeń, która właśnie rozegrała się na naszych oczach. Ułańska szarża Prawa i Sprawiedliwości na Unię Europejską skończyła się podobnie jak w 1939 roku, co z właściwym sobie wdziękiem przypomniał Tomasz Lis w Newsweeku,  wyjaśniając swoim czytelnikom, że Polska jest obecnie osamotniona jak nigdy, licząc od pamiętnego września. Trudno tu raczej mówić o przypadku, choć niewątpliwie dałoby się znaleźć dowody na działanie w afekcie. Wyciągnięcie z rękawa Jacka Saryusza – Wolskiego pozostawia wiele wątpliwości co do stanu psychicznego nie tylko pomysłodawcy, lecz także samego kandydata. Fakt, że po trzech…

Z gulaszem papryka, ty ze mną, z tobą ja

Z gulaszem papryka, ty ze mną, z tobą ja

Ze szczęściem są dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze ciężko je osiągnąć. Bo, powiedzmy sobie szczerze, ciągle coś: jeszcze tylko wyremontuję chałupę, zmienię nos/ figurę/ zęby/ wynik na bieżni,  spłacę kredyt, jeszcze dziecko zda cośtam, a w kraju wreszcie będzie normalnie, ale ja się wtedy rozkręcę,  że normalnie ojezu.  Owszem, trzeba trochę poczekać, ale jak się to już wszystko zdarzy, to ja w tej wypindrzonej chałupie, chuda i bogata, z kondycją charta wyścigowego , z potomstwem, które cudem nie stoczyło się do rynsztoka, w szaleństwie liberalnej demokracji, oślepiając wybielonym uzębieniem, to ja już nic tylko usiądę i wreszcie będę szczęśliwa. I tak mijają lata i człowiek sobie uświadamia, że życie zamieniło się w poczekalnię u dentysty. Drugi kłopot nie jest wcale lajtowy. Bo szczęście, kiedy już się je osiągnie, okazuje się dość wkurzającym stanem, nie wspominając, że ogłupiającym. Jakiś czas temu…