Miejsca

U Buddenbrooków

Z Lubeką było trochę kłopotu, bo ponieważ rezerwowaliśmy w ostatniej chwili, to nawet w czasach pandemii mieliśmy ograniczony wybór pokoi hotelowych, a nie bardzo mieliśmy ochotę płacić po 500 euro za noc. Potem się wyjaśniło, skąd to obłożenie, ale dopiero w Bremie.

Marzenie z dzieciństwa

Problem polegał na tym, że mąż zupełnie nie mógł pojąć, że ja po prostu nie mogę ominąć Lubeki. Mniej więcej 40 lat temu TVP wyświetlała serial „Buddenbrookowie”, który pasjami oglądałam wraz w moimi Babciami. Oglądałam to mało powiedziane, ja żyłam tym serialem. Do tej pory stoi mi w oczach scena oświadczyn pewnego dorobkiewicza jednej z córek rodziny, która miała się poświęcić dla pieniędzy. I on się oświadcza w parku, ona w odpowiedzi z impetem zamyka parasolkę i koniec odcinka. Ja w emocjach żyję przez kolejny tydzień, co mu odpowiedziała, a tymczasem Babcie po cichu debatują, czy w ogóle mnie nie odciąć od serialu, bo wiedziały z książki, że ten mariaż to będzie niezła patola.

I chociaż wiem, bo, chociaż trudno w to uwierzyć, w czasach gdy wszyscy pasjonowali się jednym serialem, takie niuanse były powszechnie znane i podkreślane z dumą, że sceny były kręcone w Gdańsku, a nie w Lubece, to dla mnie ta Lubeka zdążyła urosnąć do rangi mitycznej krainy.  A  w czasach prężnego socjalizmu moje szanse, by tam pojechać były porównywalne z wycieczką świni na Księżyc.

Więc trudno się dziwić, że na słowa mojego męża: „A co cię obchodzi jakaś zdegenerowana arystokracja?” obraziłam się śmiertelnie i zagroziłam odmową udziału w dalszym planowaniu wycieczki. Tym sposobem Lubeka wróciła do menu i udaliśmy się do niej prosto z Rugii, z przeszkodami, bo most był zamknięty.

Możliwa zombie-apokalipsa

Na Rugię prowadzi wysoki, imponujący wizualnie, chociaż niezbyt długi, most. Przejechaliśmy nim w jedną stronę i spodziewaliśmy się przejechać w drugą, ale to się okazało niewykonalne. Na widok tablic z ostrzeżeniem, że most zamknięty, mąż stwierdził beztrosko, że widocznie wykryto niepokojący wzrost zakażeń koronawirusem na Rugii i wyspa zostanie zamknięta do czasu, gdy ludzie, którzy się na niej znajdują, pozjadają siebie nawzajem.

Mój mąż ma naturalny talent do wygłaszania ponurych proroctw, które sprawiają, że zaczynam odczuwać duszności oraz palpitacje serca. Na szczęście okazało się, że nie jesteśmy jednak uwięzieni na wyspie, tylko wydostanie się z niej mostem awaryjnym potrwa zamiast pół godziny, trzy. Dlatego musieliśmy ominąć Schwerin, gdzie znajduje się zamek, ponoć zjawiskowy i z wywieszonym jęzorem lecieć do Lubeki.

Dotarliśmy, my i jęzor, nawet znaleźliśmy miejsce na parkingu podziemnym tuż obok hotelu, a tu jest jeden z psów pogrzebanych. Otóż Niemcy, a jeszcze bardziej Austriacy, są narodami, które wprost uwielbiają ryć w ziemi i wykopywać parkingi gdzie tylko się da, a nawet jak się nie da, też ryją. W trakcie poprzednich wycieczek zdarzało nam się parkować na przykład w skale (w Salzburgu jest taki parking miejski) lub pod zabytkowymi uliczkami starego miasta (w Monachium). Takie pomysły budzą u włodarzy miast polskich sprzeciw, a nawet wstręt i odrazę, więc w rezultacie zawsze się okazuje, że parkingu wykopać się nie da, bo coś i najlepiej, żeby samochody stały tak bardzo na wierzchu, jak tylko się da, kontrowersyjnie zdobiąc ulice i uniemożliwiając przeciśnięcie się nie tylko wózka dziecięcego, ale nawet emeryta z jamnikiem.

Umiemy z małżonkiem obsługiwać parkingi podziemne, natomiast obsługa parkometru nawierzchniowego jest dla nas czarną magią. Dlatego zbliżaniu się do miejsca docelowego zawsze towarzyszy dreszczyk emocji, czy będzie parking podziemny. Na szczęście prawie zawsze jest.

Naokoło, jak po sznurku

Po udanym kontakcie z parkingiem, zameldowaniu w hotelu, który okazał się dziwnie luksusowy oraz wypełnieniu dokumentów koronawirusowych, rzuciłam się na poszukiwania domu Thomasa Manna. Lekceważąc kompletnie zabytkową katedrę, Ratusz, rynek i obie bramy, węszyłam tego Manna jak świnia trufle (zachowując spójność metafor) i szybko odniosłam sukces.

Kiedy się uspokoiłam, mogłam bez spiny obejrzeć resztę. Jest tego trochę. Najlepiej zacząć od bramy zamkowej, obok której znajdują się spichlerze z czasów hanzeatyckich.

Stamtąd przez most i dalej prosto aż do placyku z Ratuszem, gdzie oprócz staroświeckiej karuzeli, zwykle stoją stragany warzywno-owocowe i trucki z currywurstami, pączkami, orzechami i migdałami w rozmaitych posypkach i polewach oraz, najważniejsze, z kanapkami ze śledziem. Zresztą nie tylko ze śledziem. W ogóle należy zacząć od tego, że śledź występuje wielopostaciowo: są matijasy, od różowych po białe oraz bismarcki. Poza tym kanapki występują także z wędzonym węgorzem, a także mięsem kraba, które zasadniczo różni się od mięsa kraba z mórz południowych. To z Morza Północnego wygląda trochę jak krewetki koktajlowe, a w sumie najbardziej, zwłaszcza pod względem koloru, przypomina robaki kopane na przynętę. Kiedy tylko człowiek pozbędzie nie natrętnych skojarzeń, mięso okazuje się obłędne w smaku.

Za Ratuszem znajduje się Kościół Mariacki, arcydzieło gotyckiej architektury o korzeniach sięgających XIII wieku, w którym znajdują się największe organy na świecie.  Za drobną opłatą i pod warunkiem założenia maseczki można go oglądać również od wewnątrz i warto to zrobić, chociaż nie spodziewajmy się tam wyposażenia w stylu „złote a skromne”.

Po minięciu kościoła, zaraz na McDonaldem trzeba skręcić w prawo, żeby znaleźć dom, w którym mieszkał Willy Brandt i położony obok dom Guntera Grassa. Znajdują się praktycznie przy tym samym skrzyżowaniu, tylko z różnych stron.  Po II Wojnie Światowej wielu gdańszczan niemieckiego pochodzenia wybrało Lubekę jako miejsce zamieszkania, ze względu na architektoniczne podobieństwo do Gdańska. W ogóle Lubekę najlepiej zwiedzać naokoło, równolegle do rzeki, a potem zawężać okręgi. Wtedy na pewno obejrzy się nie tylko wszystko, co warto, ale w ogóle wszystko.

 

Mijając dom Brandta, dochodzi się do Bramy Holsztyńskiej i znajdującego się obok Muzeum Hansy.

 

Wracając drugą stroną Starego Miasta,  mija się jak po sznurku rezydencję burmistrzów Lubeki, którzy jednocześnie pełnili, z rozdzielnika funkcję szefów Hanzy. To była tęga fucha, bo do Hanzy należały swego czasu najbogatsze miasta Europy. Biorąc pod uwagę prestiż wiążący się z tym stanowiskiem, siedziba nie jest porażająco luksusowa. Natomiast w podziemiach mieści się legendarna restauracja Schiffergesellschaft, niestety, w poniedziałek, gdy dotarliśmy do Lubeki, była zamknięta. I tak, wejście do tej owianej legendą restauracji to jest ten mały baraczek przylegający do kamienicy:

 

Więc poszliśmy do Ratskeller, restauracji mieszczącej się z podziemiach Ratusza. Też było miło.

A, gdyby to kogoś interesowało, bo ja akurat mało słodyczowa jestem, to cała Lubeka usiana jest sklepami z marcepanem. Robią z tego marcepanu istne cuda, nawet na mnie wywarły wrażenie, chociaż tylko wizualne.

Zdradliwie lekkie procenty

Wieczór spędziliśmy w knajpie ogródkowej nad brzegiem Trave, z widokiem na spichlerze. Osobiście mam problem z niemieckim piwem. Jak już siedzę i piję, to sprawia na mnie wrażenie tak lekkiego, jakbym piła kompot. Gorzej, jak wstanę…Lekkie niemieckie piwo w Lubece doprowadziło nas do takiego stanu, że mąż postanowił wracać do hotelu hulajnogą, a ja poczułam natychmiastową i nieprzezwyciężoną ochotę na Pho, najlepiej z kaczką.

Na szczęście los czuwa nad pijanymi ludźmi. Mężowi nie udało się odblokować hulajnogi, a pan w barku azjatyckim obok hotelu na mój widok zamknął z hukiem żaluzje. Gdybym wtedy wiedziała, że to moja jedyna spokojna noc na przestrzeni trzech dób, tobym się z nim krócej kłóciła…

Jeden komentarz

  • Tores-

    No wiesz, takie cliffhangery??
    Ale zachęciłaś mnie do przeczytania Buddenbroków. Przynajmniej spróbuję. I bardzo mi się ogólnie podoba Wasza wycieczka, też bym tak chciała kiedyś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *