Śmierć to dopiero początek

7d6bade7-3540-4e94-8de5-31a60f188592

Ksiądz Twardowski pisał, że po zmarłych pozostają tylko buty i telefon głuchy, Wisława Szymborska, że jeszcze kot w pustym mieszkaniu.  Ze śmiercią bliskiej osoby, pod względem emocjonalnym, każdy radzi sobie na swój własny sposób,  najlepszy, bo nasz. I nie będzie to tematem dzisiejszego wpisu.

Tematem będzie, że nie przeżywamy naszej żałoby w próżni, bo czasy są jakie są i każdy jest uwikłany w szereg zależności od instytucji różnorakich, które śmierć abonenta traktują jako zaledwie przyczynek do dyskusji, niepozbawionej akcentów humorystycznych.

Marek Piekarczyk śpiewał, że idąc cmentarna aleją, szuka zmarłego przyjaciela. Odkąd przyszło mi samej organizować pogrzeb, skupiam się jedynie na pragmatycznej stronie tego utworu, a mianowicie: jak oni to załatwili? Zanim bowiem przejdziemy się nostalgicznie cmentarną aleją, musimy przejść przez piekło formalności, a po drodze będą ofiary, oj będą…

Życie po śmierci zaczyna się w zakładzie pogrzebowym. Nauczona smutnym doświadczeniem koleżanki, od której  ksiądz na Cmentarzu Północnym, gdzie jej  mama miała wykupiony i opłacony grób, zażądał świadectwa moralności zmarłej i od poświadczenia na kwicie uzależnił pochówek,  obdzwaniając zakłady pogrzebowe zaczynałam od podstawowego pytania: jakie macie państwo relacje z parafią na cmentarzu X?

Już wyjaśniam: rok temu zmarła mama mojej bliskiej koleżanki. Jej parafią był warszawski kościół X, akurat tak się składa, że przycmentarny. Kiedy koleżanka ze swoją siostrą, nawiasem mówiąc zagorzałą katoliczką, udały się do proboszcza po pisemne poświadczenie,  że zmarła mama zasługuje na katolicki pochówek, ten wyciągnął rejestr, przy którym funkcjonariusze STASI spaliliby się ze wstydu i ogłosił, że nie ma adnotacji  o przyjmowaniu księdza po kolędzie oraz stosownych kopertach na dobrostan kleru, ale, chociaż ksiądz nie był przyjmowany, więc nie był w stanie oszacować stanu parafianki, to proboszcz doskonale orientuje się, że zmarła była pijaczką, a patologia wypełzała drzwiami i oknami, całkiem jak w pieśni Taty Kazika o Celinie. Miło usłyszeć takie słowa pociechy?

Koleżanka do tej pory wierzy, że za odmową wydania dokumentu stał jej i siostry wizerunek w trakcie wizyty błagalnej.  Wiesz – tłumaczyła mi – my po 42-dniowym umieraniu mamy, przyjechałyśmy do tego proboszcza takie zapłakane, zmarnowane. Może gdybyśmy zdążyły się przebrać, umalować i roztoczyć ten niewerbalny  przekaz, że możemy  zapłacić, byłoby inaczej.

Swoją drogą, niezła recenzja tak zwanej posługi kapłańskiej…

No ale nie  przyszło im do głowy za wczasu wypindrzyć się na spotkanie z księdzem oraz roztoczyć niewerbalnego przekazu, więc skończyło się tym, że zapłaciły górką 2 tysiące złotych za mszę żałobną w kościele akademickim, uważanym za jeden z najbardziej postępowych w Warszawie. Nie wymagano tam świadectwa moralności, ale trzykrotność wynagrodzenia bez słowa przyjęto. Skąd wiemy, że trzykrotność? Bo pół roku później,  przy okazji innego pogrzebu wyszło na jaw, że  msza żałobna w tym konkretnie kościele kosztuje 700 złotych.

Było odpuścić? Łatwo powiedzieć… W praktyce jest jednak tak, że umierający ma jakąś wizję swojego pogrzebu, choćby to było tylko: połóżcie mnie z rodzicami. No ale po fakcie wychodzi na jaw brak decydujących kwitów kościelnych, więc rodzina na uszach staje, żeby życzeniu zmarłego stało się zadość, pies już z temi pieniędzorami. Bardzo łatwo to wykorzystać, a instytucje kościele wyczuwają juchę lepiej niż warany.

Wracając do pogrzebu mojej mamy, znalazłam zakład, który ma sztamę z proboszczem. Pani z zakładu pyta delikatnie: czy ma pani obrazek z ostatniego namaszczenia?

Przez jedną makabryczną chwilę pomyślałam, że chodzi o jakąś słitfocię osoby umierającej  z księdzem. Okazało się, że nie. Ksiądz, udzielając ostatniego namaszczenia zostawia obrazek o tematyce religijnej z pokwitowaniem na odwrocie, że się odbyło. W ten sposób na progu życia i śmierci wpada się w procedurę, która się już dalej kręci z automatu.

Warunek: z umierającym musi być jakiś kontakt. Jeśli jest nieprzytomny, robi się problem i nie ma obrazka.

No to może – zagaja troskliwie pani z zakładu pogrzebowego – zaświadczenie z parafii, że był przyjmowany ksiądz po kolędzie? Wystarczy co trzy lata…

Dobra – mówię, bo już zaczęłam mieć tego dość – robimy cywilną uroczystość przy grobie, żadnej mszy.

Po czym zaczęłam wyobrażać sobie szok, którym tym śmiałym posunięciem spowoduję i teściową,  kładącą się Rejtanem, no bo w końcu, nie oszukujmy się, pogrzebu nie organizuje się dla osoby zmarłej ani po własnym uważaniu, tylko dla wszystkich pozostałych, którzy, choćby z  racji wieku i wychowania, mają swoje przyzwyczajenia. Moja mama  miała gdzieś te wszystkie jasełka: a co mnie to obchodzi, przecież będę martwa.  Już i tak urna okazała się wywrotową decyzją, więc nie chciałam brnąć w tę anarchię dalej.

Cywilna ceremonia wyjdzie dużo drożej – zmartwiła się pani. Na cmentarzu, gdzie leży cała pani rodzina, nie ma  nawet kaplicy do uroczystości cywilnych, więc trzeba zatrudnić mistrza ceremonii, a proboszczowi i tak zapłacić „dobrowolną dotację na renowację cmentarza”. Ale niech się pani nie martwi, my mamy zaprzyjaźnionego księdza i on nam te  obrazki z namaszczenia daje po znajomości, dołączymy ten obrazek do dokumentów i to wszystko załatwi.

Zdębiałam. Kiedyś zdarzyło mi się lecieć Lufthansą z Frankfurtu do Warszawy na kwit bagażowy, ale odprawianie pogrzebu na lipny obrazek nie mieściło mi się w światopoglądzie. Jednak po porównaniu kosztorysów cywilnej ceremonii i katolickiego pochówku, zaczęło mi się mieścić.

No widzisz – powiedziała rozgoryczona koleżanka – a my obrazek z namaszczenia miałyśmy, i to prawdziwy, a i tak nie pomogło…

Kiedy już podpisałam wszystkie papiery w zakładzie pogrzebowym i oddaliłam się w stronę samochodu, pani jeszcze wybiegła za mną, że właśnie ksiądz dzwoni, bo go zaniepokoiło, że moja mama jest rozwiedziona. Zamarłam w obawie, że ta okoliczność może stać się przeszkodą w dochowaniu jej do grobu dwukrotnie rozwiedzionej prababki, gdyż moja mama, niestety, nie była celebrytką, które się na tym cmentarzu chowa dla prestiżu, nie patrząc na prowadzenie się za życia. Kolejne dwie noce nie spałam, rozważając ewentualne scenariusze na wypadek, gdyby ksiądz się zbiesił.

Po pogrzebie, który na szczęście obył się bez zgrzytów, otrzymałam zestawienie rachunków.

Większość stanowiły pokwitowania „dobrowolnych darowizn” na rzecz parafii oraz cmentarza na kwotę prawie czterech tysięcy złotych. Aż się zdziwiłam swoją hojnością.

Pozostały do rozwiązania umowy z telefonią komórkową, dostawcą telewizji i internetu, bank,  takie tam sprawy.

Kiedy zadzwoniłam na infolinię telefonii komórkowej z informacją o śmierci abonentki, młody konsultant uznał to za świetną okazję. A pani ma u nas abonament? Nie??? To, korzystając z okazji, może ja zaprezentuję nasze aktualne oferty…?

U dostawcy kablówki i internetu było podobnie. Ja oczywiście rozumiem, że ludzie za życia mają swoje ulubione programy i nie ma powodu z nich rezygnować tylko dlatego, że się umarło, więc trudno wymagać od pracowników firmy, żeby dyskryminowali abonentów z tak błahego powodu jak  śmierć, zwłaszcza jeśli sezon serialowy obfitował w cliffhangery,  jednak póki nie opracują skutecznej oferty na zaświaty, skłonna jestem zawiesić czasowo świadczenie usług.

Pani w PZU, do której udałam się po wypłatę polisy,  „pozwoliła sobie” zachować mój numer telefonu, gdyż nie jestem jeszcze ich klientką, a ona by bardzo chciała, żebym była i w tej sytuacji śmierć mojej Mamy okazała się świetną okazją do tego, by poszerzyć bazę klientów i czy może zadzwonić do mnie w tym tygodniu? Nie – mówię asertywnie. Wie pani, mam trochę spraw bieżących do  ogarnięcia, to może po wakacjach? Oj, dopiero?- zmartwiła się pani – To ja sobie ustawiam przypominajkę w telefonie na 1. września.

Aktualnie skanem mojego dowodu osobistego dysponuje pół miasta. Musiałam podpisać całą stertę formularzy RODO, rzecz jasna całkowicie dobrowolnie. Bez nich niczego bym nie załatwiła, ale kto by się tym przejmował. W ogóle sprawy spadkowe to jedno wielkie wymuszanie danych osobowych i okazja do uzupełnienia bazy, a dzięki RODO jeszcze musisz poświadczyć, że się na to całkowicie zgadzasz.  Dodatkowo, żeby wypłacić pieniądze mamy z funduszu  musiałam wypełnić kwestionariusz, weryfikujący moje rozeznanie w akcjach i obligacjach. No więc tu już popadłam w ostateczna rozpacz.  Niech pani wszędzie zaznaczy „przy mężu” – zaproponowałam pani z banku.

Zamykając wszystkie wątki zawiadamiam, że wszyscy ugruntowaliśmy się w swoich światopoglądach: siostra koleżanki i moja teściowa w wierze w omnipotencję Kościoła Katolickiego, a pozostali  – w ateizmie, czego i Państwu życzę.

Ku przestrodze: jeśli jakoś się słabo czujecie, Bach i Beethoven  nadal nie żyją i nie chcecie robić kłopotu rodzinie, to zawczasu wyemigrujcie z tego kraju, bo tutaj nigdy nie będzie normalnie.