Chiński pokój

Chiński pokój

Zaglądałam na twojego bloga – powiedziała ostatnio koleżanka – Nic nie piszesz, znudziło ci się, czy co? Podejrzewam, że każdy z Państwa zna ten stan: jest sprawa, która nagli, więc trzeba by się  za nią wziąć. To może być cokolwiek: pismo do administracji osiedla, interwencja w sprawie uszkodzonej przesyłki na poczcie, ambitny plan treningowy, który miał być wdrożony w Nowy Rok, a tu jak raz luty się kończy, wezwanie fachowca do pralki, która nagle zasugerowała się Heraklitem,  czy zapisanie się na piaskowanie zębów.  I tu wchodzi  – cały na różowo – Prosiaczek, który, jak wiadomo, im bardziej zaglądał do chatki, tym bardziej Puchatka w niej nie było. No więc się zagląda w głąb siebie, ale się okazuje, że  jest tam tylko głąb. Ziejący. Gdyby chociaż, jak pisał Woody Allen,  można było z tej pustki wyłowić cokolwiek: kalendarz ścienny, zabawkowy telefon…