Szczaw i po szczawiu…?

awans

W 1979 roku ukazała się powieść Edwarda Redlińskiego  Awans. Zaczyna się od tego, że do rodzinnego Wydmuchowa wraca, po ukończeniu studiów niejaki Marian Grzyb. Syn tej wydmuchowskiej ziemi   próbuje przekonać sąsiadów, że są inne sposoby na życie niż jak za Piasta i Rzepichy. Wydmuchowiczanie, początkowo nieufni, a nawet wrodzy, stopniowo dają się olśnić elektryczności, ciepłej wodzie w kranie,  mikserom, malakserom, pralkom automatycznym  i innym tego rodzaju szatańskim wynalazkom.  I kiedy już w niemal każdej chałupie warkoczą nowoczesne sprzęty, odkrywają, z Marianem Grzybem włącznie, że gdzieś się  w tym wszystkim zapodziała ich słowiańska dusza.

Myślę, że te 18,5 procenta społeczeństwa, któremu zawdzięczamy rządy Prawa i Sprawiedliwości, przeszło podobną, co Marian Grzyb, drogę.

Tylko w pewnym momencie, konkretnie dwa lata temu, nastąpiło przekłamanie.

Adam Hofman podzielił Polaków na tych, co popierają PiS, czyli stoją tam, gdzie iPad oraz pozostałych, którzy zostali z ręką w szczawiu. Cała ekipa naobiecywała tyle, że po prostu dziada z babą tylko było brak. Skok cywilizacyjny, odbudowanie ruin, autostrady, odpartyjnienie, otwarcie na zwykłego człowieka,  bógiwieco, wstawanie z kolan i disco-polo dla każdego. A to wszystko w narodowo- katolskim sosie z domieszką ułańskiej fantazji i słowiańskiego romantyzmu.

I tu tkwi klucz do koszmaru. Bo albo rybka albo pipka. Nie da się zamykać na wszystkich, oczekując w zamian otwartości (i funduszy unijnych). Nie da się stworzyć Polski dla Polaków, jednocześnie rekomendując mniej zachwyconym „wypierdalanie” z kraju. Nie da się stworzyć systemu demokratycznego, dążąc jednocześnie do upartyjnienia wszystkich struktur i flirtując z Kościołem w sprawie państwa wyznaniowego. Nie da się przebić wykluczania, które, zgoda, było grzechem poprzedniej władzy, a bodaj kilku, jeszcze szerzej zakrojonym wykluczaniem. Nie da się odrywać od koryta jeszcze silniejszym do niego przyspawaniem, z tą różnicą, że to jest znacznie lepsiejsze przyspawanie, bo swoich.

Obrazowo mówiąc: PiS obiecał kolejne autostrady. Ale tylko pod warunkiem, że będziemy po nich jeździć furmankami. Obiecał wielkie lotniska, z  których donikąd nie wylecimy, bo za czasów naczelnika paszporty leżały sobie spokojnie w urzędzie, trzeba było składać wniosek, i tak było najlepiej, poza tym on sam też nigdzie nie wyjeżdża. Jak pisał Wiech „jeżdżą przeważnie koniokrady” i tego się trzymajmy. Obiecał wstawianie z kolan, ale z wynikiem 27 do 1, który każdego trenera piłkarskiego pozbawiłby pracy i szacunku w branży.

Tych zamiarów, rzecz jasna, w kampanii wyborczej nie ujawnili. Wręcz na odwrót, dali wybór: PiS albo szczaw.

Przywiązanie do niechęci wobec wszystkiego, co nie jest „takie jak kiedyś”, które prezentuje obecna ekipa oraz jej twardy elektorat, prawienie, bez śladu zażenowania, kocopołów o dzieciach z in vitro, które nie pachną truskawkami, uzależnienie dopływu energii elektrycznej od woli Najświętszej Panienki, zdrowia podatników od humoru Najwyższego, w znacznie większym stopniu niż od – brutalnie ciętych – wydatków z budżetu,  państwowe obchody objawień fatimskich oraz chrztu Polski, chociaż nadal nie wiadomo, kiedy właściwie był, wydaje się cokolwiek zagadkowe. W sklepach można zawrotu głowy dostać od tych powrotów do przeszłości. Jest wędlina o nazwie towarowej „szynka jak za Gierka”, browary na potęgę produkują piwa „dawne”, nie wspominając już o różnych „prażubrach”, co jest o tyle tragiczne, że w międzyczasie minister Szyszko próbuje wystrzelać wszystkie żubry, wprawdzie tych „pra” już nie ma, ale zawsze można wybić takie zwyczajne, a przynajmniej pozbawić je środowiska naturalnego.  Ostatnio w Augustowie widziałam pieczywo z banderolą „chleb jak kiedyś”. Nostalgia na całego.

Próbując złapać moment, w którym to mentalne zwichrowanie się odbywa, sięgnęłam do własnych wspomnień i Państwo pozwolą, że omówię ten aspekt na przykładzie analizy podejścia do sprzętów domowych. W końcu tego Redlńskiego nie wyciągnęłam bez powodu.

Miałam kilka lat, kiedy w łazience pojawiła się pierwsza pralka automatyczna. Babcia do znudzenia tłumaczyła, że to zwyczajne wyrzucanie pieniędzy, bo niemożliwe, żeby pralka doprała tak dobrze jak człowiek ręcami, popełniając wykroczenie wobec własnego kręgosłupa, schylony nad balią. Ten argument nie padł w Wydmuchowie, lecz w środku stolicy. W tym samym miejscu odbyło się kładzenie Rajtanem, gdyśmy ze starym tuż po ślubie zakupili kuchenkę mikrofalową. Teściowa ponuro wieszczyła, że od tego promieniowania lada chwila powyrastają nam ogony i szczerze mówiąc do tej pory żałuję, że nie miała racji, zawsze marzyłam o ogonie. Kiedy urodził się Gremlin, zostaliśmy wyklęci za żywienie go słoiczkami Gerbera. Noboktotowidział, żeby własnemu dziecku zupki własnoręcznie nie przetrzeć tylko korzystać z gotowców.

Osobiście słyszałam, zaledwie parę lat temu, argumenty przeciwko zmywarkom, o treści: naczynia przed włożeniem do zmywarki i tak trzeba umyć, więc po co zmywarka? A także urban legends, że na płycie indukcyjnej nie da się ugotować jajek. Dlaczego jajek? Nie mam pojęcia, być może był to rykoszet od mikrofali.

Zresztą, co ja się powołuję na ludzi. Sama, wyjechawszy w 1989 roku do Kanady, popadłam w stupor na widok bankomatu. Mój brak zaufania wobec wyciągania pieniędzy ze ściany nie wynikał z obaw, że gdy przyjdzie czas buntu maszyn, to bankomaty poprowadzą pierwszy atak. Po prostu byłam za tępa, żeby zrozumieć, jak działają.

Podobnie było z dystrybutorami paliwa. Kupując, po trzydziestce, pierwszy własny samochód, zakładałam, że będę nim jeździć do wyczerpania baku, gdyż ponowne zatankowanie uważałam za przekraczające moją zdolność pojmowania. I rzeczywiście, kiedy na oparach dotoczyłam się do stacji benzynowej, wysiadłam z samochodu, z miejsca zaplątałam się w te pierdolone rurki i z rozpędu przywaliłam głową w plakat o treści „Stop wariatom drogowym”, przyszło mi na myśl, że porywam się z motyką na słońce.

I to jest, myślę, ten punkt, w którym wypada podjąć decyzję, czy poddać się, czy raczej łapać byka za rogi. Ostatnie wybory dały odczuć zmęczenie tym bykiem, chociaż Słońce Żoliborza ponoć pasjami ogląda rodeo w telewizji i, jak się wydaje, wykorzystuje w ten sposób zdobyte doświadczenie w polityce zarówno krajowej jak i zagranicznej, już nie wiadomo, w której bardziej.

Czasem jednak warto się przemóc i niechętnie pokonać tę granicę. Kto wie, może czai się za nią coś dobrego? Jak na przykład możliwość kontynuowania jazdy samochodem, ugotowania jajek na płycie indukcyjnej czy pooglądanie rodeo, podczas gdy naczynia same się zmywają?

Bo, tak na dłuższą metę, zastanawiam się, mamy w historii nowożytnej wiele wybitnych postaci, które uważamy za kamienie milowe naszej cywilizacji. A ilu z nich, poczynając od Chrystusa, poprzez Newtona, Marię Skłodowską – Curie, Gandhiego, Martina Luthera Kinga, Alana Turinga  i Joan Clarke, po Steva Jobsa, zasłynęło postawą: ooo, kochani, za daleko żeśmy poszli, teraz musimy się cofnąć ze dwa wieki, a co najmniej pół?

Spójrzmy prawdzie w oczy: wszyscy ludzie, którzy pchnęli ten nasz żałosny gatunek do przodu, byli lewakami. Z Chrystusem włącznie. Przyjrzeli się, pomyśleli i doszli do wniosku: no dobra, jest jak jest, ale właściwie dlaczego?  A co niby stoi na przeszkodzie, żeby było inaczej? Gdybyśmy, tak całkiem niezobowiązująco, założyli, że Ziemia jednak nie leży na grzbiecie wielkiego żółwia? A może jednak da się dopłynąć do Indii? A może to  nie przypadek, że wszystkie jabłka spadają najkrótszą drogą w dół, a jakoś żadne nie leci na boki?  Może nazwę ten pierwiastek radem? A może zamiast uznać, że nie da się złamać kodu Enigmy i upić się z tego powodu na smutno, zadać sobie pytanie: a niby dlaczego nie?

Przez minione dwa tygodnie sporo ludzi zadało sobie pytanie: a niby dlaczego mamy się wszyscy przymusowo cofać do czasów młodości 68-latka, który ciepło wspomina, jak się wspinał niczym małpka na jabłonkę siup, siup, siup? A może warto sprawdzić, czy istnieje życie po PiS-ie? Przed dwoma laty prawie 20 procent społeczeństwa uwierzyło, że jest tam tylko szczaw, zaś 49 procent miało to w dupie. Być może warto rozważyć, czy to nadal dobry moment na manie w dupie, zwłaszcza że wiele wskazuje na to, że dziarski 68-latek podąża drogą Mariana Grzyba wprost w odmęty szaleństwa. Może warto postawić sprawę jasno: makao i po makale?