Seria niefortunnych zdarzeń Lemony Ducka

lemony

W siódmej klasie wypadła nasza kolej na przygotowanie martyrologicznej akademii ku czci. Swoją drogą, jaki to był szczęśliwy czas w życiu, gdy człowiekowi wystarczyło spojrzeć na wiersz, żeby zapamiętać go na dekady. Mój zaczynał się dramatycznie: „A więc stało się! Gruzy już tylko i klęska”. Przypomniałam sobie ten cytat, obserwując serię niefortunnych zdarzeń, która właśnie rozegrała się na naszych oczach.

Ułańska szarża Prawa i Sprawiedliwości na Unię Europejską skończyła się podobnie jak w 1939 roku, co z właściwym sobie wdziękiem przypomniał Tomasz Lis w Newsweeku,  wyjaśniając swoim czytelnikom, że Polska jest obecnie osamotniona jak nigdy, licząc od pamiętnego września.

Trudno tu raczej mówić o przypadku, choć niewątpliwie dałoby się znaleźć dowody na działanie w afekcie. Wyciągnięcie z rękawa Jacka Saryusza – Wolskiego pozostawia wiele wątpliwości co do stanu psychicznego nie tylko pomysłodawcy, lecz także samego kandydata. Fakt, że po trzech kadencjach, spędzonych w Parlamencie Europejskim, nadal nie zorientował się, jak to wszystko działa, raczej nie dodaje mu splendoru. Jak wiadomo, skończyło się tym, że   Malta, przewodnicząca aktualnie Unii,  po prostu nie zaprosiła go na szczyt.  Sytuacja, gdy   polityk, uznany przez Jarosława Kaczyńskiego za poważnego kandydata na najwyższe stanowisko w Unii, przebieg głosowania może sobie co najwyżej obejrzeć w telewizji, jest dość krępująca. A to dopiero początek.

Beacie Szydło wystarczyło zaledwie kilka godzin, by w Brukseli skonfliktować się z przedstawicielami wszystkich państw członkowskich, co przez polityków Prawa i Sprawiedliwości zostało uznane za tak wielki sukces, że w dowód uznania na jej powrót czekała na lotnisku rządowa delegacja z Jarosławem Kaczyńskim i kwiatami. 

Prawicowe media ogłosiły zaś, że misterny plan polskiego rządu zakończył się miażdżącym powodzeniem i na przewodniczącego Rady wybrano niemieckiego szpiega, który na dodatek miał dziadka w Wehrmachcie.  Z kolei Beata poczuła się tak dotknięta tym, jak potraktowano ją na szczycie,  że elegancko wypomniała prezydentowi Hollandowi, że Francuzi za nim nie przepadają, zupełnie jakby sama codziennie była noszona na rękach przez wdzięcznych rodaków.

Rykoszetem oberwało się także Platformie Obywatelskiej, którą Jarosław Kaczyński z rozpędu nazwał „partią zewnętrzną”, dając do zrozumienia, że razem z Lidlem i Rossmanem, pełni rolę niemieckiej agentury w Polsce. 

Co gorsza, na naszych oczach zakończyła się piękna przyjaźń Kaczyńskiego i Orbana, nawiązana w pensjonacie „Zielona owieczka”. Okazało się, że Ania i Diana Unii Europejskiej jednak nie przetrwały w duecie i raczej już tak zostanie, bo Ania jest pamiętliwa. O to zresztą, co wszyscy wiedzą, tylko niektórym niezręcznie wspomnieć,  poszło w aferze z wyborem Tuska, a cena za osobistą wendettę,  którą jest międzynarodowa kompromitacja i  osamotnienie Polski w obecnej, trudnej geopolitycznie sytuacji, nie wydała się Jarosławowi Kaczyńskiemu wygórowana.

Zdaniem dziennikarzy, analityków i polityków, sceptycznych wobec PiS-u, tak prowadzona polityka „wstawania z kolan” może się kiepsko skończyć. Na razie udało się osiągnąć izolację Polski, na arenie międzynarodowej i brak zaproszenia do Wersalu na nieformalny szczyt, na którym Polska mogła reprezentować swój region.

Niestety, odkąd ekipie Kaczyńskiego udało się przekonać  polityków europejskich, że powinni ją traktować jak upośledzonego dalekiego kuzyna, który, zaproszony do restauracji, spróbuje zeżreć obrus, Wersal stał się ostatnim miejscem, w którym mogłaby się znaleźć. W sumie może i dobrze, bo na obrusie mogło się nie skończyć, a zawsze trochę głupio rewidować gości przy wyjściu, szukając rąbniętych ze stołu świeczników.

Prawicowe media na razie sprawiają wrażenie zachwyconych osiągniętymi właśnie sukcesami, zwłaszcza że  widmo dżenderyzmu nadal krąży po Europie, więc zbytnia poufałość z Unią niechybnie grozi przymusowym ubieraniem chłopców w sukienki, nie wspominając już o oburzającym zakazie lania żon i potomstwa, co musi być równoznaczne z upadkiem rodziny, przynajmniej w polsko-katolickiej wersji.

Wydaje się, że taka strategia może, przynajmniej w obrębie twardego elektoratu, przynieść wymierne korzyści. Wśród wyborców PiS-u nie brakuje zwolenników mocnej retoryki w relacjach międzynarodowych,  zwłaszcza, że prawicowe media, umacniają ich w przekonaniu, że to jedyna droga do pozbycia się  narodowych kompleksów.   Dyżurnym, i zawsze nośnym, argumentem pozostaje opinia, że „lewacka” Europa straciła kontakt z rzeczywistością i zamiast rozwiązywać bieżące problemy, skupia się na wymiarach ogórka i hołubieniu muzułmańskich imigrantów.   Ciekawe jest to, że argument o „oderwaniu od rzeczywistości” najchętniej przytaczają zwolennicy człowieka, którego przed kochającym suwerenem i światem bronią ochroniarze, kosztujący podatników dwa miliony złotych rocznie.

Polacy, skutecznie zastraszeni  przez PiS wizją islamizacji, a  nawet, jak sugerował sam Jarosław Kaczyński, zawszawieniem Polski, są w stanie wybaczyć rządowi wiele. Prezes PiS-u mówiąc, ustami ministra spraw zagranicznych o „Europie kilku prędkości”, w której nasz kraj miałby dołączyć do najpowolniejszych, wydawał się być pewny, że wyborcy są gotowi zaryzykować perspektywę osamotnienia w Unii  za cenę obrony swoich granic przed syryjskimi kobietami i dziećmi, którzy zapewne i tak nie zagościliby u nas na długo. Kłopot w tym, w międzyczasie wyszły na jaw niemiłe dla Polaków okoliczności. Na przykład ta, że  w krajach europejskich, szczególnie w Wielkiej Brytanii, to Polacy, a nie muzułmanie, uważani są za element niepożądany, obarczony większością wad, jakie Kaczyński zdiagnozował u  syryjskich uchodźców. Brytyjczycy do tego stopnia nas nie polubili, że są gotowi wyjść z Unii, byle tylko się nas pozbyć i odesłać ciupasem do ojczyzny tysiące nisko wykwalifikowanych pracowników z wykształceniem podstawowym.

Jeśli rzeczywiście do tego dojdzie, to musi, bo nie ma innej możliwości,  przełożyć się na wzrost bezrobocia, a konsekwencji napięć społecznych, zwłaszcza że zagrożoną repatriacją grupę zdążyli już zastąpić pracownicy z Ukrainy.  To tylko krótkoterminowa perspektywa. Ale patrzmy szerzej. Bycie częścią zjednoczonej Europy implikuje możliwości,  które większości Polaków, zwłaszcza młodych, wydają się oczywiste i dane raz na zawsze. Możliwość wyjazdów zarobkowych, kształcenia się w zagranicznych szkołach,  kupna nieruchomości, prowadzenia działalności gospodarczej, leczenia się poza Polską, zdobycia „pigułki po” bez recepty w przygranicznej aptece,  program Erasmus, fundusze europejskie czy  zwykłe ułatwienia w podróży, polegające na tym, że jadąc na narty nie trzeba spędzać trzech godzin  w kolejce na granicy z marudzącymi na tylnym siedzeniu bachorami,  to nie jest lista obowiązków, jakie ma wobec nas Unia, tylko udogodnień, które zostały przyznane warunkowo, w,  że tak powiem, barterze.

Janusz Gajos tydzień temu wspominał w wywiadzie, że kiedy rozmawia z młodymi Polakami o realiach socjalizmu i tłumaczy, że w najgorszych czasach w sklepach był tylko ocet, napotyka mur niedowierzania: taaa, akurat ktoś uwierzy, że w całej Galerii Mokotów był tylko ocet. To jest właśnie ten mur, o który ciągle się potykamy, a który Jarosław Kaczyński, świetnie pamiętający czasy, gdy był tylko ocet, cynicznie wykorzystuje, przekonując Polaków, że można zjeść ciastko i je zachować.

Chociaż sam Kaczyński  wyznał ostatnio, że nie planuje „Polexitu”, zaś wicemarszałek Senatu Adam Bielan nazwał polityków opozycji histerykami, to jeszcze nie znaczy, że rzeczywiście mają na myśli to, co mówią. Prezes PiS doskonale orientuje się, że wśród Polaków, nawet jego własnych zwolenników,  przeważają euroentuzjaści. Jednak ten entuzjazm często bywa płytki i ogranicza się do napływających do Polski pieniędzy.

Prawu i Sprawiedliwości zostały przynajmniej dwa lata na zniechęcenie Polaków do Unii.  Strategia wydaje się prosta: powarkiwać, szczerzyć zęby i szarpać za nogawki tak długo, aż znękana Europa rzeczywiście obetnie fundusze. Wtedy będzie można triumfalnie ogłosić narodowi, że  znów zostaliśmy zdradzeni i zarządzić wyjście po angielsku. Wyników ewentualnego referendum, gdyby odbyło się za dwa lata,  nie sposób przewidzieć. David Cameron przekonał się o tym na własnej skórze i karierze.

Gdyby i u nas miał spełnić się podobny scenariusz, Polakom, zniechęconym rządami Prawa i Sprawiedliwości, zawsze pozostanie emigracja. Tyle że wtedy już bardziej wewnętrzna.