Polska zasługuje na PiS

gwiazdy-na-okladce-magazynu-newsweek-402230-article

Kiedy mniej więcej rok temu po raz pierwszy usłyszeliśmy chwytliwe hasło o świniach oderwanych od koryta, których kwik rozpaczliwie niesie się przy każdej próbie wyrażenia sprzeciwu wobec czegokolwiek, byłam pewna, że zrobi oszałamiającą karierę.

W tym krótkim przekazie zawiera się bowiem wszystko, co forsuje Prawo i Sprawiedliwość. Nieważne, jakie masz kwalifikacje, jak długo się uczyłeś, zdobywałeś doświadczenie, czy masz talent czy nie masz, twój byt uzależniony jest wyłącznie od koryta, którym zarządza władza. W jej wyłącznej gestii leży decyzja, czy zasługujesz na to, by załapać się na rozdawnictwo dóbr i przywilejów, czy też nie. I nie ma tu znaczenia, czy jesteś światowej klasy transplantologiem, sędzią z wieloletnim dorobkiem, hrabią, spowinowaconym z większością europejskiej arystokracji, laureatem Nobla czy aktorem, który zagrał w superprodukcji z hollywoodzką megagwiazdą.

Kłopot polega na tym, że PiS, a w jeszcze większym stopniu jego elektorat, jest szalenie czuły na blichtr tego rodzaju. Czerwone dywany, gronostaje, amerykańskie gale filmowe, światowe znajomości i kuzynki księżniczki robią gigantyczne wrażenie. Sposób na uleczenie tych kompleksów nasuwa się intuicyjnie: trzeba uwierzyć, że to był absolutny przypadek, możliwy tylko dzięki podłączeniu do koryta. W końcu co to za różnica, kto te serca przeszczepia, równie dobrze jak ambiwalentny poglądowo śp. profesor Religa, odnalazłby się w tej branży dowolny Misiewicz, byle go do koryta przyspawać.

Talent  i praca nie mają tu nic do rzeczy. Jacyś aktorzy się stawiają? No to co za problem, każdy może przyjść i zagrać. Dyplomatów można wymienić na takich bez języków i znajomości, dziennikarzy to nawet i bez języka polskiego, sędziów bez doświadczenia, oficerów bez szkolenia,  wszyscy na pewno sprostają wyzwaniu, gdy tylko poczują koryto.

Gdybym miała w skrócie ocenić ubiegły rok, to w Polsce przebiegł on pod hasłem magii koryta. To że wystarczyło zaledwie kilkanaście miesięcy, trudno pojmować inaczej jak tylko całkowitą masakrę ideałów liberalnej demokracji.

Odnoszę wrażenie, że przeskoczyliśmy nad ćwierćwieczem wolności wprost w odmęty feudalizmu, dając sobie wmówić, że o naszym losie decydują, jak u Reja, pan, wójt i pleban, czy jak u Muńka biskup z komisarzem. Bez nich Polak się gubi, staje się osowiały i linieje. Zrozumiałam to jesienią, kiedy wraz z tysiącami kobiet poszłam z parasolką. W międzyczasie drugie tyle lamentowało, że im PiS nie zakazał. No bo jak to tak? Do czego to doprowadzi? A jeszcze, przebóg, będzie trzeba decydować o sobie, no widział ktoś takie bezeceństwa?

Polak czuje się znacznie spokojniejszy, jeśli ma nad sobą bat, czytelny system kija i marchewki, z przewagą kija. Indywidualne predyspozycje i osiągnięcia nie mają tu nic do rzeczy.  Wręcz nawet lepiej ich nie mieć. Jeśli masz, tym gorzej dla ciebie. Bo skoro tobie się udało, to tym bardziej znaczy, że można cię w każdej chwili wymienić na kogoś bez kwalifikacji i doświadczenia. Na pewno poradzi sobie równie dobrze jak ty, a pewnie nawet lepiej, bo opromienią go jedynie słuszne poglądy.

Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa. Państwo pozwolą, że omówię na własnym przykładzie. Weźmy czwartorzędną pisarzynę, czyli moją skromną osobę. Coś tam se rzeźbię na blogu, umiem niby parę słów pozestawiać w miarę zrozumiałe zdanie. A w międzyczasie taki Dan Brown czy J.K Rowling wydają bestsellery, zarabiając na nich kupę kasy. I co ja teraz powinnam? Ano powinnam co najmniej raz w tygodniu odprawiać rytuały voodoo, nakłuwając laleczki i  serdecznie życząc tejże dwójce autorów  wszystkiego najgorszego. Bo co z tego, że nigdy w życiu nie wpadłabym na pomysł napisania książki o krwi, czy to w ujęciu religijnym czy czarnoksięskim, to bez znaczenia. Karygodne i niewybaczalne jest to, że oni wpadli. To powinien być wystarczający powód, by ich nienawidzić.

Dlaczego u niektórych ten mechanizm działa, a u innych nie – nie mam pojęcia. Miniony rok zapoczątkował jednak, i przypuszczam, że tego już się nie da odkręcić, dwutorową reakcję łańcuchową. Po pierwsze zawiść wyparła zazdrość. Zazdrość potrafi być w pewnym sensie namiętnością motywującą: ktoś coś osiągnął, ja nie, no ale mogę przecież zacisnąć zęby, pracować ciężko, może i mi wyjdzie. Tego już nie ma. Po co zaciskać zęby i ciężko pracować, skoro można drugiego człowieka zwyczajnie ograbić z jego osiągnięć –  fizycznie mu je ukraść, lub zdyskredytować moralnie. W końcu doszliśmy do takiego absurdu, że siedzenie w więzieniu za stanu wojennego, cierpienie i rany odniesione w Powstaniu,  złamane życia i kariery uchodzą za takie sukcesy i przedmioty zawiści, że teraz, po latach trzeba jeszcze bardziej tym ludziom dowalić. Po drugie – zawiść przestała być uczuciem wstydliwym. Należy się z nią obnosić, bo to zdrowe i polskie.

Dzisiaj w Newsweeku grupa aktorów wypowiedziała się, niezbyt pochlebnie, na temat obecnego kształtu demokracji w Polsce. Naród zareagował w komentarzach. Do legendarnych świń doszły oceny „pedał, Żydówka i bezdzietna stara panna”.

Oczywiście, rozumiem, że ktoś, kto niewiele osiągnął, może odczuwać satysfakcję, że jego życie wprawdzie nie jest idealne, ale przynajmniej nie jest „pedałem”, „Żydem” i przekazał swój cenny materiał genetyczny ku chwale narodu. No i jeśli chodzi o leczenie kompleksów to byłoby na tyle, ale chwilowa ulga jest? Jest. A to najważniejsze.

Dlatego, po przemyśleniu, uważam, że zasługujemy na PiS. Nikt inny nie trafił tak idealnie w głębię polskiej duszy, nikt jej tak trafnie nie zdiagnozował, nikt dotąd nie zapewnił nam takiego komfortu nienawidzenia. Została tylko jedna malutka zaderka. Otóż ci rzekomo oderwani od koryta, za nic nie chcą zbrzydnąć, zgłupieć i zbiednieć, schować się w mysią dziurę i odmawiać zdrowasiek.  Wręcz przeciwnie, nadal bezczelnie panoszą się po tych swoich teatrach, targach książki, nieprawomyślnych stacjach telewizyjnych, międzynarodowych festiwalach i Zanzibarach. Zaś ci drudzy, mimo uzyskania monopolu na koryto, nadal są brzydcy, biedni i sfrustrowani. No i, cholera, co z tym zrobić?