Meet me in Port Louis

Meet me in Port Louis

 

Mark Twain, który odwiedził Mauritius w 1896 roku, uznał go za miejsce, które musiało zainspirować Boga, gdy wpadł na pomysł stworzenia Nieba. „Mauritius był pierwszy, potem Niebo – stwierdził pisarz – A Niebo zostało skopiowane z Mauritiusa”.

W istocie, do niedawna dla polskiego turysty był to kierunek równie łatwo dostępny, co Niebo. Spora kasa i adekwatna motywacja były warunkami niezbędnymi, by się tam dostać. Nabraliśmy ze starym zwyczaju śledzenia ofert na Mauritius, w zasadzie tylko po to, by umocnić się w przekonaniu, że nadal tam nie lecimy.  I właśnie kiedy już pogodziliśmy się z faktem, że mamy podobne szanse wyjechać na Mauritius, co świnia na księżyc, pojawiła się zimowa oferta polskiego biura podróży. Rzuciliśmy się na nią jak zombie na świeżych człowieków, jeszcze w czerwcu, granitowo pewni, że za chwilę ukaże się komunikat: sorki, zapomnieliśmy dodrukować zero na końcu.

Podstawowym pytaniem, które wybrzmiewało jeszcze w samolocie, następnie przez cały pobyt na wyspie oraz po powrocie było: czy to naprawdę jest raj?

To zabrzmi jak refleksja osoby, której strasznie zależy na tym, by uchodzić za zblazowaną podróżniczkę, podczas gdy w gruncie rzeczy jest buraczaną małą miki i gówno w życiu widziała, ale moim zdaniem jest tak: nie ma znaczenia, dokąd jedziesz, ważne, w jakiej kolejności.

Kiedy człowiek wyjeżdża za granicę po raz pierwszy, drugi czy trzeci, nie ma znaczenia, dokąd. Każda destynacja nabiera wtedy znamion raju, tylko i wyłącznie dlatego, że wygląda inaczej niż Polska.

Jeśli są palmy i ciepłe wieczory, to w zupełności wystarczy. Oczywiście, z czasem zaczyna nam świtać, że aby osiągnąć taki cel  na przykład w grudniu, trzeba wyjeżdżać coraz dalej.

Przez pierwsze trzy razy czujesz jeszcze tę dziecięcą radość, że, no kurna, ale czad, wychodziliśmy z domu w mróz minus dwa, a kilka/naście godzin później jesteśmy w zupełnie innym świecie, ale z czasem zaczynasz przewidywać, co będzie. Znasz już ten moment, gdy wychodzisz z samolotu i lotnisko paruje, więc czujesz się jak na basenie CRS Bemowo i w skrytości ducha dziwisz się, dlaczego wszyscy nie są w gumowych czepkach. Wiesz, że zanim dowleczesz walizkę do taksówki czy autokaru, odwodnisz się do niebezpiecznego poziomu, a z powodu upału i wilgotności ze dwa razy znajdziesz się na progu zawału i perspektywa swobodnego oddychania w takich warunkach przez tydzień, stanie się coraz bardziej wątpliwa.

img_0409
Największe na świecie lilie wodne Wiktorii w ogrodzie botanicznym Pamplemousse

Chodzi mi o to: kiedy jesteś w podstawówce i chłopak z klasy wyżej zaproponuje ci chodzenie, to z przejęcia nie śpisz trzy noce, ale kiedy jesteś po czterdziestce i  na imprezie jakiś gość w pełni kryzysu wieku średniego proponuje ci seks, to jednak nie są te same emocje. 

Tak samo jest z Mauritiusem, a tłumaczę to tak wnikliwie, gdyż mam poczucie winy wobec tego miejsca. Że nie doceniłam go wystarczająco, że to się zdarzyło zwyczajnie za późno, że było w tym związku za dużo kalkulacji, a za mało spontaniczności, że ze mną coś się stało przez te wszystkie lata i flirty na boku z różnymi rajami. Że po prostu stałam się starą, zgorzkniałą lampucerą.

Więc, żeby było jasne, nie odkładajcie Mauritiusa, bo jest on wart dużo więcej niż może otrzymać ode mnie. Jeśli złapiecie odpowiedni moment, to po przyjeździe padniecie na kolana i zaintonujecie psalmy. Jeśli przeoczycie, no cóż… Osobiście pamiętam jeden  jedyny moment w swoim podróżniczym cv, kiedy samoczynnie poleciały mi łzy, to było kiedy dotarliśmy na wysepkę na Malediwach, 12 lat temu, na tydzień przed tsunami.

Reasumując, zła jestem na siebie za swoją rezerwę, implikującą powierzchowność doświadczeń. No ale z drugiej strony to jest mój osobisty blog, kronika wieku średniego, gdzie relacjonuję to, co odbieram i w jaki, przeważnie kulawy,  sposób.

img_0588
Wodospad Chamarel

Mauritius został odkryty przez Portugalczyków w XVI wieku. Nie wiązali z nim wielkich nadziei. Nie było tam ludzi, ani w zasadzie nic ciekawego, za wyjątkiem przepięknych pejzaży, które w tamtych czasach nie potrafiły na siebie zarobić, więc mało kogo obeszły.  Przez kolejny wiek wyspa żyła własnym życiem, aż w 1638 roku przybyli tam Holendrzy. Początkowo uznali Mauritius za świetne miejsce do naprawy okrętów. Niestety, na tym nie poprzestali. Kolejne narody, które postanowiły zainteresować się Mauritiusem, czyli Francuzi i Brytyjczycy, zrobili wszystko, czego, z punktu widzenia obecnej ekologii, nie powinni byli robić. Zdewastowali ekosystem wyspy, implementując nowe gatunki roślin, głównie trzcinę cukrową i palmy, wybili ptaki dodo, przywieźli małpy, koty i psy. Aktualnie jedynymi pierwotnymi gatunkiem zwierząt na Mauritiusie są ptaki i nietoperze. Cała reszta pochodzi z importu.

Co jest na Mauritiusie do obejrzenia? Pierwotnie niewiele. Tam, za wyjątkiem gór, nie pozostało nic autentycznego. Wszystko poza nimi jest naznaczone piętnem kolejnych kolonizatorów. Na przykład znaczek pocztowy.  Mój śp. Dziadek, filatelista, przygotował mnie na tę okoliczność.   Wydrukowane we wrześniu 1847 roku dwie edycje z podobizną królowej Wiktorii, jedna pomarańczowa, druga niebieska, w liczbie 500 sztuk każda, zawierały błąd. Zamiast zwyczajowego „Post Paid” wydrukowano na nich „Post Office”. Przez to zostały szybko wycofane z obiegu. W latach 80-tych XX wieku na rynku zostało zaledwie 21 takich znaczków, w tym tylko jeden nieużywany, czyli nigdy nie naklejony na żadną kopertę i niestemplowany. Nie udało mi się ustalić, w czyim posiadaniu znajduje się ten jeden, kolekcja królowej brytyjskiej wydaje się logicznym tropem, ale nikt nie wie na pewno. W 1996 roku 16 firm mauritiańskich uznało, że to trochę wstyd, że słynny znaczek istnieje w kilku prywatnych kolekcjach, ale nie w miejscu, w którym powstał i zrzuciło się na zakup Blue Penny. Zapłaciły za niego 2 miliony dolarów. To ostatnia odnotowana transakcja, dotycząca błękitnego Mauritiusa, na rynku filatelistycznym, więc aktualnie nie sposób oszacować jego wartości, skoro ostatni zakup został dokonany 20 lat temu. Szczerze mówiąc, nawet w czasie, gdy byłam poddawana indoktrynacji  ze strony Dziadka, nie potrafiłam, i nadal nie potrafię, pojąć, dlaczego ktoś chciałby zapłacić 2 miliony dolarów za coś, co w każdej chwili może porwać wiatr, albo pies zeżreć przez pomyłkę. Przed zwiedzaniem muzeum Blue Penny w stolicy Mauritiusa Port Louis, warto zapytać strażnika, kiedy podświetlają znaczek. Robią to co dwie godziny, na 10 minut, żeby druk za bardzo nie wyblakł. Za mojego pobytu muzeum otwierali o 10 rano, a pierwsze podświetlenie było o 10:20. Oczywiście, w strefie znaczków obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć, z lampą czy bez.

img_0385
Muzeum znaczka pocztowego

Najbardziej niezwykli na Mauritiusie są ludzie. Nie ma ich zbyt dużo, populacja wynosi niecałe półtora miliona. Zadziwiające jest, zwłaszcza dla Polaka, udręczonego nieustanną awanturą o wartości, religię, lepsze i gorsze sorty, rasizmem bez ras i ksenofobią bez mniejszości, do jakiego stopnia można mieć te sprawy w dupie.

Kiedy Brytyjczycy, którzy odbili wyspę Francuzom, znieśli niewolnictwo, na Mauritiusie pozostali Kreole, sprowadzeni przed laty na plantacje trzciny. Legenda głosi, że kilkoro zbiegów z plantacji dotarło aż na górę Le Morne, czyli roboczo mówiąc: Ponuraka, i widząc ścigające ich oddziały wojska, woleli rzucić się w przepaść niż wrócić do niewoli. Nie wiedzieli, że ścigający ich żołnierze chcieli tylko powiedzieć, że niewolnictwo zostało zniesione. My byśmy o tym dyskutowali latami, powstałoby z dziesięć komisji specjalnych, trzy filmy fabularne, tuzin dokumentów, masowe ekshumacje i nowe, uroczyste pochówki,  trzydzieści pomników, świeże podręczniki historii  i seria patriotycznych tiszertów „Le Morne – pamiętamy”. Oni zaś, o dziwo,  wolą celebrować nowy początek, czyli bezprecedensowy na skalę światową eksperyment. W pierwszej połowie XIX wieku ogłosili nabór na dobrowolnych pracownikow plantacji trzciny cukrowej, zatrudnionych  na legalnych kontraktach, gwarantowanych przez państwo, w tym wypadku kolonizatorów brytyjskich.  W Port Louis mają na tę okoliczność muzeum, objęte patronatem Unesco, Bramę Aapravasi, pozostałość po dawnym centrum recepcyjnym dla przybywających na wyspę imigrantów zarobkowych. Najwięcej zainteresowanych przypłynęło z Indii. Obecnie Hindusi stanowią 68 procent populacji Mauritiusa. Zdarzali się także pracownicy z Chin, jednak  okazali się dużo mniej zmotywowani i obecnie  stanowią tylko 3 procent populacji, co nie przeszkodziło im wywrzeć znaczącego piętna na kulturze narodu. Mauritianie ze swojej trudnej przeszłości zostawili to, co im akurat pasowało, a zdziwiło mnie w zasadzie tylko, że wybrali wersję trudniejszą, czyli język po Francuzach (który wolą niż urzędowy angielski) i ruch lewostronny po Brytyjczykach. Całą resztę wypracowuje się, że tak powiem, w praniu.

Ciężko wyobrazić sobie, zwłaszcza z polskiej perspektywy, pokojową koegzystencję choćby nawet dwóch religii tak różnych jak dajmy na to hinduizm i chrześcijaństwo. To byłby dizaster. Na Maurtiusie nie mają z tym problemu. Hinduizm, chrześcijaństwo, islam, konfucjonizm,  co tylko chcesz, żyje w symbiozie i co niedziela imprezuje razem na plażach publicznych. Widziałam, jak laska w burce z kumpelą w bikini pilnowały razem pluskającej się w oceanie grupki dzieci, najwyraźniej w jakimś sensie wspólnej.

img_0605
Wulkaniczna siedmiokolorowa ziemia. Musicie uwierzyć na słowo, policzyłam

Konsekwencją tej symbiozy jest to, że wszyscy świętują wszystkie święta. Na Mauritiusie okres świąteczny zaczyna się 1 listopada, czyli  w dniu chrześcijańskich Zaduszek i ciągnie się dalej, poprzez hinduskie Diwali w środku listopada, Boże Narodzenie, w grudniu, Nowy Rok, chińskie Święto Wiosny w styczniu,  hinduskie Cavadee  na początku lutego oraz Maha Shivaratree w marcu. Czyli bite cztery miesiące zabawy. U nas to, niestety,  niemożliwe. Zasieklibyśmy ciupagami każdego Hindusa, zanim wymówiłby do końca słowo Diwali.

Przypadkiem złożyło się, że w niedzielę wynajęliśmy taksówkę, by odwiedzić nabierający słynności kościół z czerwonym dachem na Cap Malheureux. Chcieliśmy tylko zrobić zdjęcia, zresztą byliśmy niewłaściwie ubrani, żeby wchodzić do środka, podpatrywaliśmy z podwórka. Tłum ludzi w odświętnych strojach klaskał, tańczył i śpiewał ku chwale Pana. U nas w tym czasie płynął z ambon przekaz – jest źle, będzie jeszcze gorzej, bo wciąż nam za mało kasy i przywilejów oraz skonacie wszyscy w piekle, ciule jedne, bo Bóg nie życzy sobie, żebyście się cieszyli jak prosię w deszcz, tylko siedzieli ponuro na zydelku w kuchni, zamartwiając się o zbawienie.

Potem pojechaliśmy na publiczną plażę. Porozstawiane namioty, grille, koncert dla dzieciaków na prowizorycznej scenie, psy, koty, ktoś nawet papużki w klatce przywiózł. Mauritius jest pierwszym z wielu krajów, które odwiedziłam, gdzie na widok turysty z Europy tubylcy przyjmują z góry ustaloną strategię: mają nas w dupie. Cokolwiek byśmy nie zrobili, możemy spacerować na golasa, rozrzucać euro garściami, uprawiać seks na publicznej plaży, chodzić na rękach albo na szczudłach, utopić się widowiskowo, nic nie zmieni ich stoickiego podejścia do nas. Po prostu kompletnie nas ignorują, jakbyśmy byli hologramami z innego wymiaru. Przyjechali,  to i wyjadą, pies z nimi. 

img_0717

img_0716

img_0721

No i suddenly last summer (ich summer, naszą zimą) w poniedziałek, w dniu naszego wylotu, okazało się, że obywatele Mauritiisa nie tylko bawili się dnia poprzedniego i wietrzyli papużki. Także knuli. Czego rezultatem były poniedziałkowe zamieszki w obronie demokracji ,której, zdaniem wielu obywateli, obecny rząd zagraża. Tysiące ludzi wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko władzy. Całe Port Louis zostało zablokowane, wyłączono prąd, odcięto telewizję i telefonię naziemną. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by to samo zrobić z przestrzenią powietrzną. Kierowca autokaru, który wiózł nas na lotnisko, żywo dyskutował z naszą rezydentką nad zaistniałą sytuacją.

„Kiedy wreszcie będzie normalnie? – westchnęła rezydentka

„Oj, to musisz rok poczekać, do wyborów” – skomentował kierowca.

Szczęściarze – pomyślałam.