Być jak Natalia Siwiec

26

 

Ostatnio sporo zastanawiam się, zwłaszcza od wyborów w USA, nad kondycją intelektualną społeczeństw, umownie mówiąc, zachodu. Umownie, bo nie jestem pewna, czy nadal się do nich zaliczamy. Początkowo, po wygranej Donalda Trumpa, odczułam silne pragnienie przebranżowienia się i poważnie myślałam nad wprowadzeniem w życie programu „Natalia Siwiec plus”, czyli poświecenia schyłkowego etapu mojej egzystencji tak ważnym dziedzinom jak: ciuchy, kwas hialuronowy, podróże i wkurwianie ludzi zdjęciami drinka z parasolką na tle plażowego zachodu słońca  w tropikach, najlepiej w grudniu.

Tak całkiem to z niego jeszcze nie zrezygnowałam. Na razie to mały prosiaczek, ale może urośnie. No i wtedy spadł niespodziewany cios. Obejrzałam (dlaczego, dlaczego! nie da się odobejrzeć tego, co się obejrzało???)  Dzień Dobry TVN, w którym ta właśnie rzeczona Natalia oświadczyła poważnie: ja się polityką bardzo interesuję. Teraz pozostaje mi tylko plan „Krzysztof Rutkowski plus”, ale nie wiem, czy dam radę z fryzurą.

No ale wracając do Trumpa, ciężko w tej chwili powiedzieć, że „na zachodzie bez zmian”. Społeczeństwo wolało  Hillary, ale i tak wygrał Donald, co ma taki plus, że parę osób z Polski, w tym ja, pojęło wreszcie zawiłości amerykańskiego systemu wyborczego, który do tej pory był równie jasny jak zasady bejsbola i zawodów sumo.

Zresztą konia z rzędem temu, kto potrafi na luzaku obliczyć podział mandatów w systemie d’Hondta, obowiazującym obecnie w Polsce. Podpowiem, że równanie wygląda tak:  I= L/n. Przypuszczam, że sami posłowie są zaskoczeni tym, że się jednak dostali.

W każdym razie w Ameryce wygrał Trump, zaś u nas partia, na którą zagłosowało 18,5 procent obywateli, dysponujących prawem wyborczym. To ciut więcej  niż obecnie opowiada się za zaostrzeniem prawa do aborcji, których we wrześniu, według sondażu TNS było 14 procent. No ale Prawo i Sprawiedliwość, wycierające sobie twarz suwerenem, co usprawiedliwia działanie wbrew  woli ponad 80 procent społeczeństwa, może przeprowadzić, co tylko chce, nawet sarkofagi wielokrotnego użytku z płytą na suwak, ułatwiającą ekshumację w każdej dowolnej chwili. Oraz deportację niekatolików, nie do końca wiadomo, dokąd, ale, jak się domyślam, chodzi o to, że jak nam ukradli naszą furę, to muszą nam zwrócić samolot. Niestety, tego najważniejszego nadal nie zwrócili i to ciągle boli. Podobnie jak pierwsze wyniki ekshumacji. Udało się ustalić, że prezydent, chociaż upłynęło prawie 7 lat, nadal nie żyje, jak u Sławomira Mrożka w Kontrakcie.

No ale ja w sumie o kondycji intelektualnej i odbiegam od tematu. Tak sobie myślę, i to będzie wtręt personalny, że ludzie, niestety, kundlą się z pokolenia na pokolenie. Weźmy na ten przykład mnie, produkt szkolnictwa przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Przełomowe czasy. Myślałam do niedawna, konkretnie do wczoraj, tak pochlebnie bardziej, że jestem taką sobie subtelną erudytką,  bo potrafię wyrecytować pierwszy akapit Dzienników Cezara po łacinie i kojarzę mniej więcej rozkminy Raskolnikowa. Czyli znacznie ponad aktualną normę.

Wczoraj przeprowadziłam rozmowę telefoniczną z moją Matką, o której mam zdanie typowe, myślę, dla większości córek, czyli mocno krytyczne. Wdeptała mnie w glebę, przerzucając się swobodnie od Balzaca do Dostojewskiego, przez Stendhala, mimochodem cytując Wojnę i pokój, na dodatek dokładnie, bo sprawdziłam, a na koniec zmiażdżyła mnie tekstami dwóch arii ze Strasznego dworu, które jednak brzmią inaczej niż myślałam i refrenem z Flower Duet z Lakme, po francusku.

Moja Mama jest obecnie emerytowaną nauczycielką, ledwo wiążącą koniec z końcem. Pani Pielucha, posłanka PiS, zarabia prawie 10 tysięcy złotych  brutto za obnoszenie się po mediach swoją nieznajomością Konstytucji.