Jak dobrze być katolem

Twór ideologiczny, który aktualnie dominuje, trzeba przyznać dość agresywnie w polskim życiu publicznym, ciężko mi nazwać religią. Jest to raczej coś w rodzaju pierwotnego kultu płodności, w którym sumienie zostało sprowadzone do poglądów na temat prokreacji. Czy ktoś kradnie, oszukuje, zdradza, ma znaczenie drugorzędne, a bodaj żadne. Wyznacznikiem przynależności do kultu jest słuch, wyczulony na krzyk zarodków. Różnicę między katolicyzmem a katolstwem widzę  głównie w tym, że katolicy wierzą w nauki Jezusa, który w Polsce znany jest obecnie jako kumpel prawicowego publicysty, a katole – w zapłodnioną macicę.

Sytuacja jest sposobna jak nigdy. Wielu polskich katolików nie żyje lub jest na emeryturze. Pozostali, którzy nie chcą konwertować się na katolstwo, są uciszani jak ks. Boniecki lub – jak ks. Szostek – poddawani przymusowym egzorcyzmom we Frondzie. Jak się bowiem okazało, opętał go szatan, choć nie powiedział w gruncie rzeczy nic innego niż Jezus 2 tys lat temu. Ale prawicowy kolega Jezusa twierdzi, że nie, a przecież wie najlepiej, kumplują się od lat. Pisma i wypowiedzi aktualnego, mocno uwierającego katoli, papieża, są zaś przemycane przez lewicujące media, niczym bibuła za socjalizmu.

aureola
Nieodparty powab katolstwa polega na niewymagającej prostocie. Przyjemność, oparta na poprawianiu sobie samopoczucia czyimś kosztem, uchodziła dotąd za przejaw małostkowości. Katolstwo podniosło ją do rangi cnoty. Ewangelizacja polega na tym, by pakować się z butami w cudze intymne sprawy i dopilnować, by ktoś inny poniósł konsekwencje. To umożliwia pokrzepiające klepanie się po plecach w poczuciu moralnej wyższości, osiągniętej, co ważne, bez żadnych kosztów własnych.

Jeśli chodzi o osobiste błędy to dadzą się łatwo zamieść pod dywan. Jak wyjaśnił nieceniony kolega Jezusa, wystarczy żałować. W ten sposób sprowadził trudny, pięciostopniowy sakrament pokuty, którego ostatnią, nieodzowną częścią jest zadośćuczynienie, do wyklepania paru zdrowasiek lub kopsnięcia się na pielgrzymkę do Częstochowy.

To, rzecz jasna, otwiera nowe, atrakcyjne perspektywy. Logicznie patrząc, skoro trzeba tylko żałować, to czemu nie skrócić tego procesu, żałując już w trakcie? Jeśli, dajmy na to, ktoś kradnie ze łzami w oczach, to kradzież i odkradzenie przebiegają w zasadzie symultanicznie.

Skoro ginekolog oświadcza publicznie, że żałuje setek aborcji przeprowadzonych tak udanie, że wystarczyło na willę z ogródkiem, to w zupełności wystarczy, by katole przyjęli go jak brata. Element zadośćuczynienia jest w tej sytuacji dość kłopotliwy, bo trzeba by się wyzbyć tych wyskrobanych latami dóbr, a po co komu taki ambaras? Podobnie nieprzeszkadzające okazują się rozwody i nieślubne dzieci. Bohater katolstwa ginekologicznego (o ile inne w ogóle istnieje), jak się okazało, aborcje przeprowadzał w odhumanizowanej rzeczywistości komunistycznej, więc tym bardziej jest usprawiedliwiony. Jest w zasadzie ofiarą nieludzkiego systemu. Może pora upomnieć się o uprawnienia kombatanckie?

Z katolicyzmu katole przywłaszczyli sobie istotne przykazanie miłości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że bohater katolstwa ginekologicznego miłował swoją pacjentkę jak siebie samego. W końcu uczynił wszystko, by uchronić ją od straszliwej traumy poaborcyjnej. Wprawdzie musiał ją pokroić, żeby wyciągnąć z niej dziecko, które będzie konało w męczarniach przez 2 miesiące, no ale czego się nie robi dla komfortu pacjenta. Pacjentkę będzie w sądzie reprezentował trójmiejski prawnik, ojciec dwóch córek, przynajmniej na razie, gdyż w niektórych prawicowych rodzinach zdarza się, że ojcowie tradycyjnie podlegają przymusowemu zniknięciu bez śladu.

W burzliwej debacie na temat gender, na bastion anty-genderyzmu zgłosił się PiS z Ursusa.
„W przedszkolach na szeroką skalę chłopcom i dziewczynkom na przykładzie zabawek mówi się, że ta płeć to nic takiego, niedługo proszę pana, dowiemy się, że będą rodzić 12-latki i to normalna rzecz, bo taka jest cywilizacja.” – grzmiał prawicowy radny.

Mówisz i masz. Niedługo potem wyszło, że i bez gender może zajść w ciążę nawet 11-latka. No i okazało się, że to jednak normalna rzecz, niech teraz rodzi, a cóż to takiego wyjątkowego?

Osobiście bardzo żałuję, że nie jestem katolem. Życie byłoby znacznie prostsze. Katolskie sumienie jawi mi się powabnie jako metafizyczna wersja Doriana Grey’a – zawsze gładkie, zawsze bez skazy. Gdzieś tam, w piwnicy lub na strychu, jest pewnie portret, na którym odznaczają się wszystkie popełnione świństwa, ale kto by się teraz nad tym zastanawiał.