Miejski łykend

Miejski łykend

To ja może napiszę, co u mnie. Nie pałam zbytnym entuzjazmem do lata w mieście. W zasadzie nie znajduję nic, czym mogłabym się zachwycić, z wyjątkiem faktu, że samochodów mniej na ulicach. Za to Warszawa w większości rozkopana, więc na to samo wychodzi. No ale odkąd zrobiliśmy się za starzy, żeby co piątek grzać do Augustowa pod namiot, trzeba sobie jakoś radzić. Zwłaszcza że wylotówka na Białystok zrobiła się tak przyjazna, że w zasadzie trzeba by te 250 km. rozbić na 2 etapy, z noclegiem w Markach. No ale skoro już zostaję to wolę zostawać z hukiem. Czyli żeby się działo. No i faktycznie na miniony weekend nie mam prawa narzekać. Zaczął się faktycznie hucznie, od piątkowego Sonisphere. Przyznam, że wolałam go w wydaniu bemowskim. Plenerowe imprezy mają, według mnie jakąś wyższość wobec takich zindustrializowanych jak na Naro. No i…

Jak dobrze być katolem

Jak dobrze być katolem

Twór ideologiczny, który aktualnie dominuje, trzeba przyznać dość agresywnie w polskim życiu publicznym, ciężko mi nazwać religią. Jest to raczej coś w rodzaju pierwotnego kultu płodności, w którym sumienie zostało sprowadzone do poglądów na temat prokreacji. Czy ktoś kradnie, oszukuje, zdradza, ma znaczenie drugorzędne, a bodaj żadne. Wyznacznikiem przynależności do kultu jest słuch, wyczulony na krzyk zarodków. Różnicę między katolicyzmem a katolstwem widzę  głównie w tym, że katolicy wierzą w nauki Jezusa, który w Polsce znany jest obecnie jako kumpel prawicowego publicysty, a katole – w zapłodnioną macicę. Sytuacja jest sposobna jak nigdy. Wielu polskich katolików nie żyje lub jest na emeryturze. Pozostali, którzy nie chcą konwertować się na katolstwo, są uciszani jak ks. Boniecki lub – jak ks. Szostek – poddawani przymusowym egzorcyzmom we Frondzie. Jak się bowiem okazało, opętał go szatan, choć nie powiedział w gruncie rzeczy nic…