Język niemiecki jest bardzo precyzyjny

Mimo kilkukrotnych podejść nie udało mi się opanować języka niemieckiego, natomiast wraz ze starym dość sprawnie posługujemy się tzw. wycieczkowym niemieckim. Po paru objazdówkach z niemieckimi emerytami coś tam nam w głowach zostało. Osobiście zawsze byłam pod wrażeniem precyzji językowej Niemców. Nie potrafię przytoczyć tak skomplikowanych przykładów jak Waldemar Malicki w skeczu „Język niemiecki jest prosty”, czyli pleciony pojemnik na kangura, stosowany do przetrzymywania zabójcy hotentockiej matki jąkającego się syna, no ale weźmy taką na przykład bombkę. Po polsku różnie z nią bywa. Może być bombka choinkowa, ale równie dobrze krój spódnicy, a sprawę komplikuje fakt, że gdybyśmy chcieli tą nazwą określić niewielką ilość materiału wybuchowego to też nie byłby błąd. Niemcy mówią precyzyjnie: kula drzewa świątecznej nocy.

I, o radości, w Saltzburgu znajduje się wielkopowierzchniowy sklep tematyczny, w którym przez cały rok sprzedawane są wyłącznie ozdoby świąteczne. Choinki i bombki sąsiadują egalitarnie z pisankami (które  Niemcy nazywają precyzyjnie: pomalowane jajko wielkanocne), w symbiozie z góry wykluczającej rozważania na temat wyższości świąt Wielkiejnocy nad Bożym Narodzeniem i odwrotnie.

neu01
Ponieważ nigdy nie udało mi się opanować niemieckiego, ułatwiam sobie zapamiętywanie metodą tłumaczenia na polski, chociaż najczęściej odbywa się to językiem pośrednim. W ten sposób Bad Kleinkirchheim zostało krainą wodnych wisienek, opcjonalnie kościółków, chociaż mam pewne stylistyczne opory przed wodnymi kościółkami. Zamek Neuschwanstein początkowo zinterpretowałam jako nową kamienną świnię, ale na miejscu okazało się, że jednak łabędź. Ciężko to przeoczyć, gdyż motyw łabędzia jest obecny w zamku, zaś świni ani jednej.

Zwiedzanie odbywa się również z niemiecką precyzją oraz obowiązującym aktualnie trendem minimalizowania czynnika ludzkiego. Owszem, w kasach jeszcze trzymają ludzi, ale to już chyba opcja zniżkująca. Kiedy podjechaliśmy na parking pod zamkiem, pomyślałam, że jesteśmy w ciężkiej dupie. Kiedy w Polsce widzę taki tłum, od razu żegnam się z myślą zobaczenia czegokolwiek (oprócz tłumu). Poza tym informacje na stronie internetowej sugerowały, że zwiedzanie zamku, czy w ogóle dostanie się do niego to jakaś grubsza sprawa: kasy gdzie indziej, zamek gdzie indziej, parking jeszcze w innym miejscu, jakieś autobusy, nie wiadomo skąd odjeżdżające, wystarczyło, by nastawić się na komplikacje.

neu04

 

neu05

Jak się okazało, zupełnie niesłusznie. Po opuszczeniu samochodu, w ogóle nie ma prawa nastąpić moment zawahania, bo ludzka fala konsekwentnie podąża w jednym kierunku i nie ma nad czym się zastanawiać. Na końcu tego pochodu znajdują się kasy. Ogonek, tak na oko na godzinę stania, okazał się piętnastominutowy, a przy kasie też raczej nie było okazji do głębszych refleksji. Wystarczyło odpowiedzieć na 2 rutynowe pytania: ile osób i jaki język, po czym otrzymuje się bilet z nieprzekraczalną godziną wejścia do zamku. Jak się nie wyrobisz to chuj, reklamacji nie uwzględnia się.

Mój dylemat, jak dostać się z dołu na górę i jeszcze na dodatek zmieścić się w zadanym czasie, rozwiązał się równie szybko, bo kolejna fala ludzka porwała nas na przystanek autobusowy. Potwierdziła się moja teoria, że jak nie wiadomo, co robić, to trzeba robić to, co ludzie i wyeliminować myślenie.

Autokar dowozi na parking powyżej zamku, skąd można albo zejść prosto do niego albo wejść na Marienbrucke, który oczywiście przetłumaczyłam jako most Mariana.

neu02

 

Trzeba, rzecz jasna, sprawę przekalkulować, by nie przekroczyć nieprzekraczalnej godziny wejścia do zamku, bo wtedy wiadomo, kapota. Wejście do zamku odbywa się precyzyjnie według wyświetlonych nad bramkami numerów wycieczek, odpowiadającym wydrukowanym na bilecie. Bezpodstawność ewentualnych reklamacji także stała się jasna. Bramka jest bezobsługowa. Jeśli nie utożsami numeru na bilecie z numerem wyświetlanym, nie wpuści i tyle. To skutecznie eliminuje wszelkiego rodzaju awantury i żale.

neu03
Grupy różnonarodowościowe także są obsługiwane automatycznie. Każdy dostaje audiogajda z wgranym programem zwiedzania, pozostał tylko relikt w postaci pani, która macha ręką, kiedy mamy przyłożyć słuchawkę do ucha.

Historia zamku Nowego kamiennego łabędzia jest w gruncie rzeczy poruszająca. Ludwik II do innych czasów był wychowany, a w innych przyszło mu żyć. Systematycznie odzierany z władzy i decyzyjności, śnił własny sen o potędze, a raczej jej ułudzie aż do swojej smutnej przedwczesnej śmierci w jeziorze Starnberger wieku 40 lat. Wzruszające jest oglądanie tych marzeń, wiedząc, że nigdy nie miały szans na spełnienie. Stylistycznie trochę się pogubił. Ja to akurat rozumiem, zdaję sobie sprawę, że urządzanie mieszkania to ciężka orka i to jeszcze o takim metrażu. Zamek nigdy nie został całkowicie wykończony. Ludwik Wittelsbach nigdy nie chciał, by obcy ludzie wkraczali w jego marzenia. Z tej strony patrząc – nic mu się nie udało, nawet po śmierci. Z drugiej strony – jego wyśniony projekt stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli na świecie, zwłaszcza odkąd znalazł się w czołówce Disney’a.

disneyBIG

 

No ale Ludwik II, przynajmniej póki żył to na pewno na widoki nie mógł narzekać. Teraz, o ile jego duch nadal krąży po zamku, miałby zapewne zastrzeżenia co do ilości zwożonych mu tam ludzi. Jednak widok z okna wiele się nie zmienił, z tą tylko różnicą, że dziką zwierzynę zastąpili turyści.

neu07