Dach Niemiec

Dach Niemiec

Tym razem pozwolę sobie rozpocząć od głębszej raczej refleksji, mianowicie, że miłość to jednak wymaga poświęceń. U nas na ten przykład stary uwielbia wszelkiego rodzaju kolejki górskie i organicznie nie jest zdolny przepuścić okazji, by wjechać  parę kilometrów w górę, a ja mam lęk wysokości. Nie wychodzę nawet na balkon na ósmym piętrze. No ale jak mus to mus, się zaciska zęby i się próbuje uśmiechnąć, a zaręczam, nie jest  to łatwe przy szczękościsku. Kolejka na Zugspitze, tytułowany tubylczo Dachem Niemiec, już z dołu nie wyglądała zachęcająco.   Grozę sytuacji potęgował fakt, że trzyma się ona na zaledwie dwóch słupach, a dystans jest naprawdę daleki. Mieliśmy do wyboru wjazd od strony austriackiej lub niemieckiej. Wybrałam niemiecką, bo Niemcy wydają mi się solidniejsi technologicznie no i co tu kryć, zaimponowali mi samoczyszczącymi się kiblami. Bilety okazały się drogie strasznie, co też…

Garmisch

Garmisch

Na początku było słowo. Żeby uniknąć posądzeń, że plagiatuję z bestsellera, lepiej od razu zaznaczę, że w moim przypadku brzmiało ono: ichuj. Zwyczajnie, któregoś wieczora, strzeliwszy sobie dwa browary, powiedziałam staremu, że czas przejść od dywagacji do rezerwacji, co też uczyniłam i chuj. Plany były że hoho. Najlepiej Kumlov, bo z niego malovany dzbanek pochodzi, a kto wie, może go tam jeszcze trzymajo. No i skoro już jesteśmy w temacie to może i plenery koło Bratysławy, gdzie kręcili „Spadłą z obłoków”. Podczas gdy próbowaliśmy gdzieś wcisnąć Arabellę, wyszło nam, że krótko z czasem się robi i nawet my, co Schönbrunn  robimy w godzinkę, możemy nie dać rady. Konieczne okazało się zastosowanie metody Coco Chanel i pozdejmowanie przed wyjazdem paru miejscowości. Zrezygnowaliśmy niechętnie z anschlussu Czechosłowacji, trudno, będzie na przyszły raz. Z dawniejszych wycieczek do Niemiec zapamiętałam głównie, że granica odznacza…