Niech mówią, że to nie jest miłość

Teoretycznie o gustach się nie dyskutuje. O gustach odzieżowych – tym bardziej. Podejrzewam jednak, że każdemu przychodzi na myśl przynajmniej jeden ciuch, którego nie założy, nawet gdyby nienoszenie go było karane grzywną. Oraz taki, bez którego po prostu życia nie ma.

Pierwszym przypadkiem są dla mnie białe spodnie. Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż traumą z przeszłości. Latem 1983 roku w Międzyzdrojach po deptaku przechadzały się wyłącznie białe spodnie. Tkaniny wówczas były dość lichawe, spodnie mocno prześwitywały na pupie, dzięki czemu poszerzyłam swoje horyzonty kolorystyczne oraz frazeologiczne, odkrywając, że „majtkowy róż” nie jest bynajmniej przypadkowym zlepkiem wyrazów. Zresztą czemu ograniczać się tylko do różu, niesłusznie pomijając mocny trend na barchany w kolorze słomkowego moczu. Stąd, kiedy słyszę, że prekursorkami eksponowania bielizny były Madonna i Carrie z Seksu w wielkim mieście, pusty śmiech mnie ogarnia, gdyż obie wymiękają przy deptaku w Międzyzdrojach. Epoka stringów w pewnym sensie poprawiła sytuację, ale też nie w każdym przypadku. Czasem ciężko powstrzymać się od skojarzeń z walką buldogów pod dywanem. No więc reasumując: białe spodnie nichuja. W żadnej postaci. Mówię oczywiście za siebie.

Natomiast, i przyznam się do tego otwarcie, od lat żywię gorące uczucie do spodni typu bojówki, bez względu na czas, mody i okoliczności. Kłopot w tym, że nie zawsze da się je łatwo zdobyć, no ale w końcu gdy w grę wchodzą uczucia, muszą być jakieś przeszkody.
Na te swoje obecne polowałam od dwóch lat. Co wypatrzyłam na stronie internetowej, w macaniu okazywało się zupełnie nie do przyjęcia i naprawdę nie rozumiem, czy to taki wielki problem uszyć prosto szwy? Albo znowuż klapki na udach okazują się być atrapami i wcale nie ma pod nimi kieszeni. Afekt afektem, ale swój honor mam i taka łatwa to ja nie jestem.

Ale najważniejsze, że się udało. O firmie Current/Elliott coś tam mi się o uszy obiło, w sensie, że jakościowo nie dramat.  Na razie, odkąd wyszło na jaw, że ślady po sosie sojowym znikają samoistnie, jestem zadowolona. Zobaczymy jak będzie dalej, jeszcze wszystkim nie chlapałam.

Wystylizowawszy się ładnie na dziecko z przytułku, zarządziłam sesję fotograficzną nad brzegiem Zalewu Zegrzyńskiego. Jak widać, plaża już wyczesana na lato, tylko lata jeszcze nie ma.

bojowki

 

bojówki Current/Elliott, sweter po Gremlinie, czapka – rękodzieło, buty Simple, torba Chloe, teraz widzę, że powinnam była założyć okulary przeciwsłoneczne

 

bojowki01