Pozostając w niejakiej konfuzji

Podczas gdy zastanawiałam się, co mi właściwie chodzi po głowie, czyniłam liczne próby, by rzecz zwerbalizować, a być może nawet opromienić głęboką refleksją, która wszelako średnio się nasuwa, gdyż problem dotyczy jedzenia. No i tak myślałam,  myślałam i wymyśliłam, że świat to jednak potrafi zaskoczyć. Wbrew pozorom nie jest to tak porażający truizm, jak się wydaje. Ostatecznie czasy dr Livngstone’a, jak mniemam, odeszły ciut w przeszłość i wyjeżdżając człowiek mniej więcej wie, czego się spodziewać. No, tak generalnie, że w Tajlandii Budda, w Rzymie papież, a na Krupówkach facet przebrany za niedźwiedzia. W końcu wielokrotnie sobie każden zwizualizował przyszły urlop przy pomocy National Geographic i przewodnika Pascala, więc elementów hitchcockowskich raczej trudno oczekiwać.  A jednak.

W tym względzie często przydaje się myślenie żołądkiem. Kiedy gdzieś jadę, staram się jeść, w miarę możliwości, to co miejscowi. Czasem jednak zamiast tych możliwości występuje wyższa konieczność. Rezultat bywa mylący. Na przykład najlepszą sałatkę Cezar jadłam w Bangkoku, najlepszy creme brulee na Isla Margarita w Wenezueli, a najlepszą pizzę w Santo Domingo. Wyszło przypadkiem. Droga z Punta Cana do Santo Domingo nie jest przesadnie długa, jednak kierowca  po drodze musi zawieźć nas do sklepu szwagra, kramiku ciotki i na stację benzynową dalekiego kuzyna od strony matki, więc trochę się schodzi. W związku z czym  jak już się wpada na plac Kolumba, to tak bardziej z obłędem w oczach.  A dookoła sama pizzerie. Przeważnie prowadzone przez Włochów. To akurat nie dziwi, bo Santo Domingo pełne jest Europejczyków, którzy postanowili się tam na dłużej lub krócej osiedlić. Pizza okazała się nie pizzą, tylko cudem i to nie tylko dlatego, że rzuciliśmy się na nią ostatkiem sił.  Od tamtej pory jestem owładnięta myślą, by powtórzyć tamto doznanie kulinarne, najlepiej w warunkach krajowych.  Więc jeśli słyszę od kogoś, że gdzieś w Warszawie dają epicką pizzę, nerwowo łapię portfel i lecę.

Jak dotąd, muszę z przykrością wyznać, same rozczarowania. No ale póki życia póty nadziei. Wczoraj postanowiliśmy ze starym przetestować małą pizzerię L’Olivo z włoskim kucharzem, na Zelaznej. Też z polecenia.

lolivo01

 

Zapowiadało się nieźle. Kucharz faktycznie włoskim się posługuje, ale to jeszcze o niczym nie przesądza, równie dobrze mógł być urzędnikiem skarbowym w Modenie i nie gotować nawet w domu. Ja ostatecznie mówię po polsku, co nie oznacza, że flaki są mi osobiście bliskie, za wyjątkiem sytuacji, gdy je sobie wypruwam. Ale ledwo złożyliśmy zamówienie, do lokalu wpadła banda Włochów i zamówiła 15 pizz na wynos. No więc już powoli zaczęłam zacierać ręce pod stołem i ślinić się jak pies bernardyn.

Pizza, którą zamówiłam wyglądała tak:

lolivo02

 

Moim zdaniem  raczej efektownie.  Szynka była parmeńska,to nie ulega wątpliwości. Parmezan też prawdziwy. Co nie zagrało? Ano w tym problem – nie mam pojęcia. Zwyczajnie nie była to pizza z Santo Domingo. I nie, nie chodzi o to, że Dominikana daleko, a mi się ckni i z tęsknoty gloryfikuję. Stary świadkiem, że tamta była wybitna, a ta zaledwie poprawna. I konfuzja moja wynika stąd, że nigdy w życiu nie byłam we Włoszech, więc nie znam smaku oryginalnej pizzy. Może ktoś obeznany mi podpowie, czy moja dedukcja ma jakieś podstawy: z rozpaczy doszłam do wniosku, że widocznie pizze, serwowane w Warszawie, zostały  poddane modyfikacjom, żeby bardziej odpowiadały gustom polskich klientów. To ma sens o tyle, że smakują mniej więcej podobnie. Sama widziałam w tefałenie, jak Magda Gessler kazała do musaki dodawać kartofle, tłumacząc, że Polak bez kartofli nie zje. W ten sposób skundliła wybitną uprzednio musakę, podawaną w augustowskim Greku Zorbie. Teraz są w niej kartofle. W sumie należy się cieszyć, że do pizzy jeszcze ich nie dodają.  Więc czy z pizzą jest podobnie jak z musaką i powinnam pogodzić się z tym, że w Warszawie wybitnej nie namierzę?