Jak Salieri Wiedeń uratował

Bitwę pod Wiedniem obejrzałam na szczególną prośbę kolegi, który zapewniał, że, jako fanka Bitwy Warszawskiej, będę zachwycona. Rzeczywiście nie ma się do czego przyczepić. Dzieło Mortinellego zostało przez aklamację uznane za kompletne dno. Zupełnie, moim zdaniem, niesłusznie. Jeśli ktoś skwasił, to tylko dystrybutor, bo niepotrzebnie wprowadził film do multipleksów. Gdyby od początku celował w kołka różańcowe i wiece radiomaryjne, miałby murowany hit.

Bitwa00

Dawno, dawno temu w przykościelnych salkach katechetycznych uprawiano multimedialną indoktrynację za pomocą przeźroczy, wyświetlanych projektorem. Pamiętam przepiękną i na wskroś wzruszającą opowieść o objawieniu w Lourdes, która wydała mi się tak urzekająca pod względem estetycznym, że wypożyczyłam slajdy od siostry Agnieszki i codziennie wyświetlałam w domu. Nie wiem, czy ktoś sięga pamięcią do tak zamierzchłych czasów, więc na wszelki wypadek przypomnę. Slajdy były naprawdę solidnie wybarwione. Słońce zawsze zachodziło na złoto – czerwono, w tle zazwyczaj ścieliły się łuny, a cudowne objawienia akcentowane były promienistym blaskiem. Każdy slajd miał na dole skrótowy opis, żeby było wiadomo, o co kaman, na wypadek, jakby obrazy okazały się jednak za mało sugestywne.

bitwa01

Ten sam dreszcz estetycznego przebudzenia odczułam oglądając Bitwę pod Wiedniem. Łuny i słońce normalnie identyko, czekałam jeszcze na Najświętszą Panienkę, ale nie pokazali. Podobno w kinowej wersji było w zamian cudowne przeistoczenie wilka, które niestety po nominacji do Węży za najgorszy efekt specjalny, nie znalazło się na DVD.

Tym, co mnie urzekło w Bitwie pod Wiedniem, oprócz niepodważalnych walorów plastycznych,  jest umowne traktowanie czasu i przestrzeni. Wielki Wezyr zmierza do wyjścia z namiotu, ale filmowany z zewnątrz, wychodzi już nie z namiotu, jeno z pałacu. Wojska tureckie modlą się do zachodu słońca, a za sekundę już jest dzień. Sobieski wyruszył na Kahlenberg wczesnym rankiem, wspinał się po nocy, po czym wszedł na szczyt za dnia, przy czym, żeby było jasne, tego samego. Umowność czasu zatacza zresztą szersze kręgi, takie bardziej kikusetletnie. Na wiedeńskiej flance stoi na ten przykład armata z wysuwaną lufą, co oznacza, że uzbrojenie było wówczas znacznie bardziej zaawansowane niż nam się wydawało.

Reżyser zastosował także intrygujące przesunięcie w czasie jeśli chodzi o bombardowanie murów Wiednia. Kule, miotane przez armię turecką, nie powodują zauważalnych strat w ludziach. Żołnierze padają w innym terminie, trudno zgadnąć, dlaczego, być może zemdleli.

Lance husarii uległy znacznemu skróceniu i z 5 metrów zostały jakieś nędzne ogryzki,  a w niektórych ujęciach lance są w ogóle nieobecne, co zasadniczo wpływa na technikę walki. Na szczęście w międzyczasie wykruszyły się także wojska i początkowo dumnie prezentowanych, komputerowo wygenerowanych 300 tysięcy została silna grupa 30 chłopa po tureckiej stronie i coś koło tego po naszej.

bitwa 04

 

Ale to aż tak bardzo nie przeszkadza, bo widz zajęty jest rozmyślaniem, czemu Piłsudski dowodzi artylerią u Sobieskiego.

bitwa06

 

Tak więc pod względem plastyczności obrazu oraz jego walorów historycznych, nie potrafię doszukać się wad. Podobne filmy robił Cecil B. DeMille w latach 50-tych i wszyscy chwalili.

Może ociupinkę gorzej wypada warstwa fabularna, no ale to także sprawa dyskusyjna, gdyż w końcu trzeba jakoś pokazać, że jedni są źli, a drudzy dobrzy i nie ma co rozdrabniać się w niuansach, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi obrona chrześcijaństwa. W angielskiej wersji Bitwa pod Wiedniem nosi nie pozostawiający pola do domysłów tytuł 11 września 1683. Turcy, początkowo pokazani dobrotliwie jak w Baśniach z Tysiąca i Jednej Nocy, stopniowo zaczynają odkrywać swoje fanatyczne oblicze, przebąkiwać złowieszczo o dżihadzie oraz snuć plany architektoniczne, dotyczące przekształcenia katedr w meczety. Naprzeciw sobie mają zrazu tylko skromnego mnicha, któren pod względem ekumenicznym wydaje się równie postępowy jak nasz papież, ale szybko decyduje się na coming out i wyjaśnia staremu przyjacielowi innowiercy, że w wkrótce ten przejrzy na oczy i zrozumie, na czym życie polega. To wkrótce trochę się przeciąga, dzięki czemu widz ma okazję zweryfikować osobiście, jak okrutny jest islam, zmuszający wiernego do uciszenia serca i zaprzaństwa, nim kur zapieje, ukochanej, nie dość że głuchoniemej to jeszcze w ciąży.

bitwa02

Na szczęście głuchoniema, dzięki interwencji bożej, zdołała w decydującej chwili odzyskać słuch i trochę mowy, przynajmniej na tyle, by w stosownym momencie przekląć innowiercę. W międzyczasie mnich, momentami do złudzenia przypominający Gandalfa, dwoi się i troi, by przekonać skłóconych monarchów do zawarcia sojuszu na przedmurzu chrześcijaństwa i właściwie tylko jemu zawdzięczamy, że wyszło jak wyszło.

To, obok Piłsudskiego, drugie walne podobieństwo obu Bitew. Warszawską także wygrał ksiądz, z pomocą Najświętszej Panienki i Nataszy Urbańskiej.
Ciężko odgadnąć, co sprawiło, że F. Murray Abraham, zdobywca Oscara za rolę Salieriego w genialnym Amadeuszu zdecydował się wygłosić na ekranie te wszystkie drewniane kwestie. Smrodek ideologiczny i poziom patosu stają się w pewnym momencie nie do wytrzymania. W końcu ileż opinii, że jeden Bóg jest lepsiejszy od drugiego, może znieść publiczność?  Spora tu także zasługa polskiego tłumacza, który dusze tłumaczy na serca i odwrotnie, a „inszallach” interpretuje fantazyjnie jako „istotnie”.

Jerzy Skolimowski jako Sobieski z tak kamienną twarzą wygłasza kwestię o osobistym poprowadzeniu ataku „mojej skrzydlatej husarii”, że już raczej nie ma wątpliwości, że będzie bronił tej roli powołując się na pastisz.

Żeby nie było – obsady w ogóle się nie czepiam. Trafiona w dychę. No bo gdzie w zasadzie miałby znajdować się Salieri? No raczej, że we Wiedniu. Olbrychski już w wielu bitwach się sprawdził, w końcu trudno przecenić doświadczenie  artyleryjskie zdobyte przy obronie Częstochowy, więc dobrze, że go wzięli. Piotr Adamczyk gra króla Leopolda tak jakby grał króla Juliana w Madagaskarze i trzeba przyznać,  doskonale mu to wychodzi, a w peruce wygląda nawet lepiej niż Marek Kondrat w Ogniem i mieczem. Ciężko też nie docenić Borysa Szyca, zwłaszcza, że nie mówi. Za to, jak się okazało, potrafi oczy w słup postawić, a to od czasu braci Marx rzadkość na ekranach. Ogólne wrażenie trochę popsuła Alicja Bachleda Curuś, bo niepotrzebnie chciała wycisnąć coś ze swojej roli. Zresztą sama chyba doszła do takiego wniosku, bo nie dała rady wysiedzieć na premierze.

bitwa05

Reasumując były to godziwie spędzone 2 godziny. W ogóle się nie dłużyło. Wręcz nawet Bitwa pod Wiedniem idealnie wpasowała mi się w autorski blok programowy, w którym dzieło Mortinellego znalazło się w zaszczytnym towarzystwie 2 części Anakondy oraz filmu pt. Kongo, które przerzuciłam w weekend, gdyż jako osoba rozrywkowa lubię się czasami ubawić po pachy.

dla K.B