Wenus w futrze part II

W życiu blogerki prędzej czy później przychodzi potrzeba napisania o modzie.  Mam z tym niejaki kłopot, gdyż pisanie o modzie implikuje autolans fotograficzny, a ja, pochlebiam sobie, miałabym  spore szanse w konkursie na najbardziej niefotogeniczną twarz.  Próbowałam rzeczoną potrzebę dusić w sobie, no ale nie poszło. Zwłaszcza, iż zwrócono mi niedawno uwagę, że zamieszczam swoje zdjęcia na końcu wpisów, przez to nietaktownie zmuszam ludzi, by przebijali się przez te wszystkie głupoty, które piszę, a połowa zasypia przy drugim akapicie.  No to tera bedzie na początku:

futro1

Tematem dzisiejszego wpisu jest paszczyk. A konkretnie futrzany kołnierz. Zakupiwszy wstępnie, gdyż dysponując jeszcze miesiącem na ewentualny zwrot, biłam się z myślami. Tak poważnie, że poczyniłam konsultacje internetowe z zaprzyjaźnionym gronem. W rezultacie otrzymałam serię pytań retorycznych  o treści : a po chuj ci ten mop przy szyi?

Ano właśnie. Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż zaszłościami. No nie da się za młodu nasiąknąć powieściami Remarque’a i pozostać obojętnym na czar futra. To jakoś zostaje w człowieku. Kiedy Joanna przyszła do Ravica, zrzuciła z ramion norki, które ścieliły jej  się u stóp przez bite pół strony. W czasach, gdy czytałam Łuk triumfalny jedyną dostępną opcją był płaszczyk typu miś, wykonany z łatwopalnego syntetyku, który nawet za nowości wyglądał jak mój pies, wracający ze listopadowego spaceru, a jak nabrał wilgoci, zaczynał śmierdzieć chemią. W płaszczyku typu miś wyglądało się jak włochaty ludzik Michelina, z tą różnicą, że na chudych nóżkach odzianych w prążkowane rajstopki, w krokiem w kolanach i obwarzankami na kostkach.  W połowie lat 80-tych  przyszła moda na sztuczne futerka w oczojebnych kolorach, najchętniej wściekłym różu, w wersji deluxe przyozdobionych dodatkowo wzorkiem w kontrastującym kolorze, np. zielonymi gwiazdkami. Ustrzegłam się, na szczęście, gdyż chrzestna z Kanady przysłała podówczas beżowego misia z metra, z którego chałupnicza krawcowa uszyła paszczyk, z rękawami, ofkors, typu nietoperz i bułami na ramionach, jak Pan Bóg przykazał.

Od tamtej pory jakoś nie zdarzyło mi się całościowe futro, aczkolwiek ciągoty pozostały. Jeśli mam do wyboru coś z futrem lub bez, z reguły wybieram pierwszą opcję i niech będzie, że wieś. Uznałam, że póki jeszcze mam dyspozycyjne nogi, które jakoś równoważą mopa przy szyi to nie będę się oszczędzać. Zwłaszcza, że nogi nie będą trwały wiecznie, kiedyś się wyczerpią i wtedy będę musiała popracować nad osobowością, a szczerze mówiąc mam złe przeczucia.

futro2

paszczyk Michael Kors, shopper bag Anya Hindmarch

Wprawdzie mimo  wieloletnich ciągot futrzarskich, nie znam się na kuśnierstwie, jednak jestem niemal pewna, że kołnierz przy moim paszczyku został wykonany z prawdziwych fraglesów i tego zamierzam się trzymać. Najważniejsze, że można z nim zrobić tak:

futro 6

i przez sekundę poczuć się jak  przedwojenna gwiazda, jakaś Ordonka czy Zimińska.  Cóż jeszcze mogę dodać na swoje usprawiedliwienie…? Ano mam taką wstydliwą słabość. Snobuję się na metki. Czyli lubię, jak mają niskie numery. Jeśli coś jest w rozmiarze S, a ja jeszcze mogę wpakować pod to sweter, to z reguły przesądza sprawę. Chociaż ostatnio pojechałam chyba zbyt ambitnie z kiecką sylwestrową w sajzie FR 36.   Znaczy źle nie jest. Póki stoję, jest git.  Powoli zaczynam rozglądać się za majtasami typu Bridget Jones, na wypadek jakby dzienne 7 km na bieżni nie pomogło.

Na koniec parka zdjęć nocnej Warszawy, czyli plenerowa próba nowego aparatu foto. Na Nowym Swiecie jeszcze jesień, za to na Krakowskim święta pełną gębą:

futro5

futro4