Scully, Kalinda i Roose Bolton w jednym serialu

Brzmi jak spin-off, prawda? Inna rzecz, że komuś, kto chciałby zrobić kompilację Archiwum X, The Good Wife i Gry o tron życzyłabym szczęścia, chociaż niespecjalnie szczerze. A jednak wyszło coś w podobie. Każda z tych postaci, porozsiewanych po rozmaitych serialach, jakimś cudem zagrała siebie. Scully jak zwykle ściga, chociaż tym razem nie kosmitów, no i chodzi w innej wadze językowej. Kalinda niezmiennie full profeszynal oraz nadal wycofana i tajemnicza, a Bolton swoim zwyczajem gra na dwie strony.

The Fall Series One

Wszystko to dzieje się w brytyjskim miniserialu The Fall. Teoretycznie jest to koprodukcja amerykańsko – brytyjska, jednak obecność Amerykanów jest prawie niezauważalna i, pozwolę sobie zauważyć, z korzyścią dla serialu. Gillian Anderson tak  wyszlifowała akcent, że na moje polskie ucho jest nie do odróżnienia. Archie Panjabi, londynianka z urodzenia, wróciła do korzeni, a Michael McElhatton, rodowity Irlandczyk, po prostu był na miejscu.  Fabuła rozgrywa się  bowiem w Belfaście, tam też były kręcone zdjęcia, czyli zero ściemy, jak nie przymierzając w Bondzie, gdzie Kadyks udaje Hawanę (zresztą całkiem udanie).

Serial jest absolutną świeżynką, 2013 rok produkcji i liczy sobie, zgodnie z brytyjską modą, zaledwie 5 odcinków. To, moim zdaniem, idealna propozycja na sezon letni. Serialomaniacy to, mimo licznych posądzeń o nołlajfa, ludzie tacy jak inni. Też lubimy wyjechać na urlop, pojeździć na rowerze, poganiać z psem po parku i  posiedzieć wieczorem w knajpie ogródkowej. Lato, zwłaszcza tak krótkie jak w Polsce, szkoda marnować na nadganianie pięciosezonowych zaległości po 24 odcinki każdy. Ale 5 godzin każdy jakoś zmieści, wystarczy jeden deszczowy weekend czy dwa luźniejsze wieczory. Zresztą osobiście muszę przyznać, że nie mam już zapału do tego, by  ślęczeć wieczorami nad jakimś monumentalnym pod względem ilościowym sezonem i patrzeć, jak się fabuła rozmywa, wątki kończą się ślepą uliczką i po prostu czuć, jak ekipa zagrzewa się do walki: wszystkie ręce na pokład, jakoś musimy dociągnąć, brakuje 2 minut, dobra, to się da romans z dupy wzięty. Jeśli o mnie chodzi, w tej sytuacji zdecydowanie wolę produkcje spod znaku „krótko i na temat”.

The Fall pod tym względem spełnia moje oczekiwania. Każda scena jest przemyślana i wygrana do ostatniej sekundy. Serial rządzi się żelazną, aczkolwiek nieco ostatnio zapomnianą regułą tradycyjnej dramaturgii, że jeśli w pierwszej scenie widzimy na ścianie strzelbę to prędzej czy później musi ona wypalić.  Wszystko dokądś zmierza, każda decyzja bohaterów inicjuje ciąg wydarzeń, a każda postać, która pojawia się w serialu, jest w nim po coś.  Jeśli odnieść do The Fall zasadę Coco Chanel „przed wyjściem z domu  przejrzyj się w lustrze i zdejmij jedną rzecz”, to tutaj nie ma co zdejmować.

The Fall jest klasycznym serialem kryminalnym. Mamy ambitną śledczą, sprowadzoną prosto z Londynu (Anderson), która ma przejąć dowodzenie nad śledztwem w sprawie morderstwa kobiety, tak się pechowo składa, byłej synowej wpływowego biznesmena. Na miejscu, czyli w Belfaście, okazuje się, że schemat zbrodni pasuje do innej ofiary, a trzecia jest, że tak powiem, w przygotowaniu.

Równolegle bowiem, co jest rzadkością w kryminałach, toczy się wątek mordercy. Od początku wiemy, kim jest. Ale,  i tu kolejne zaskoczenie, ani na jotę nie ujmuje to dramaturgii. Twórcy zdają się testować empatię widza, prezentując mu mordercę innego niż wszyscy. Z kronik policyjnych wiadomo, że przestępcą często okazuje się ktoś, kogo nie podejrzewali nawet bliscy. Produkcje filmowe rządzą się jednak własnymi prawami i wychodzą z założenia, że przestępcy od początku powinno źle z oczu patrzeć.

The Fall pokazuje nam mordercę policyjnego, nie filmowego. Mało tego, zaangażowali do tej roli  mylące odbiór ciacho. Jamie Dornan był twarzą kampanii reklamowych Armaniego, Dolce&Gabbana, zapachu „Dior Homme”, w reklamach Calvina Kleina był sparowany z Kate Moss i Evą Mendes. Ręka w  górę, kto tak właśnie wyobraża sobie seryjnego mordercę – psychopatę:

jamie-dornan-ck-jeans5

Przewrotny pomysł, czyż nie? Przecież psychopata powinien być odrażający. Jeśli nie jest, tworzy się dysonans poznawczy.  No bo jak facet, za którym  ogląda się każda laska w barze, może być seryjnym mordercą, no jak? Na tym nie koniec,  bo serial idzie jeszcze dalej – nie dość, że gość jest psychopatą, to jeszcze żonatym. Szczęśliwie. I ma dzieci. Znam kobiety, które łatwiej zaakceptowałyby psychopatyczne ciacho niż ciacho z obrączką i legalnym przychówkiem. Więc wyzwanie dla widzek jest. Oraz dla widzów. Prowadząca śledztwo inspektor Gibson jest, co tu kryć, stereotypowym macho. Jej asystentka – lesbijką. No mówiłam przecież, że nie jest tak jak zawsze.

Na dodatek Gillian przygruchała sobie na jedną noc bardzo wyjściowego sierżanta, którego, jak wykazały późniejsze wypadki, powinna była raczej omijać szerokim łukiem. Jego partner z pracy też coś ukrywa, podobnie jak pogrążony w smutku wdowiec po jednej z ofiar (chociaż rozwiedziony)  i jego tata. W tym czasie morderca, nie zasypując gruszek w popiele, kręci własne lody. Wniosek nasuwa się jeden – los seryjnego mordercy to orka na ugorze. Zwłaszcza jeśli chce się pogodzić rytualne  mordowanie z obowiązkami męża, ojca, i pracownika socjalnego. Doba się robi rzeczywiście za krótka.