Dawne życie poszło w dal

W znienawidzonej przeze mnie Amelii (tak, też zauważyłam, że łączy mnie z tym filmem relacja sado – masochistyczna),  postacie są charakteryzowane, głosem z offu, spisem rzeczy, które lubią. I których nie lubią, ale o to mniejsza. Moja lista w kategorii lubię prezentuje się następująco: ogródki warzywne, twórczość spod znaku płaszcza i szpady, muzeum zegarów, łyżwiarstwo figurowe, dworce, bary mleczne, operetka oraz festiwale letnie. Nie jest to, przyznaję, spis szczególnie wyrafinowany i nie sądzę, by w jakimkolwiek zakresie umożliwiał mi aspirowanie do elitarnego grona ludzi inteligentnych i obytych.

No ale nie ma co płakać nad mlekiem, skoro się rozlało. Czynię to krępujące wyznanie z okazji sezonu festiwalowego, który właśnie trwa. Przy czym absolutnie nie chodzi mi o jakieś cool imprezy typu Opener czy Przystanek Woodstock. Nie, ja wielbię telewizyjne transmisje z Sopotu i Opola, uchodzące za największą wiochę.

Z mojej listy już niewiele zostało. Warszawskie Muzeum Zegarów na Barbakanie, które w zamierzchłych czasach dzieciństwa odwiedzałam średnio raz na miesiąc, już nie istnieje, na jego miejscu funkcjonuje obecnie knajpa. Operetka przekształciła się w Teatr Roma i w ten sposób padły moje szanse na obejrzenie tam po raz 16-ty Księżniczki Czardasza i 11-ty raz Balu w Savoy’u. Do przeszłości odeszły także programy telewizyjne, w których ludzie siedzą przy nakrytych koronkową serwetą stołach i gadają o ariach i śpiewakach. O dworcach to co ja będę mówić, te większe przekształciły się w coś pomiędzy bazarem a wietnamską jadłodajnią (te po tuningu chwilowo nie, ale to imo kwestia czasu), a prowincjonalne obumierają – nie ma już raczej szans na niezapomnianą fasolkę po bretońsku czy flaki, a nawet doszło do tego, że wczasy kolejowe powoli odchodzą do przeszłości. W minionym sezonie na bocznicy w Augustowie stał tylko jeden wagon wczasowy, a w Łebie nie znalazłam żadnego. Filmy płaszcza i szpady zrobiły się niemodne (dlaczego???),  książek też już nikt nie pisze. Bary mleczne akurat jeszcze się w miarę bronią, zwłaszcza ten na Sadach Zoliborskich, gdzie nadal jestem regularnym gościem.

Na szczęście są festiwale. Co ja będę ściemniać – bez Opola nie ma lata, zwyczajnie gdyby festiwalu nie było, wakacje by się nie liczyły, no bo skąd byłoby wiadomo, że się zaczynają?  Uwielbiam cały ten blichtr, światła, które mniej odpornych mogą przyprawić o atak padaczki, tancerzy przeszkadzających wykonawcom, usztucznionych, wyfiokowanych prowadzących,  chórki (zwłaszcza jeśli mają słaby odsłuch i jadą poza rytmem) oraz stuosobowe orkiestry, a monumentalny dżingiel, który idzie jakoś tak: tamtararam, TADAM! wywołuje u mnie ekstatyczny dreszcz.

Amfiteatr_Opole_04

 

Z mojej miłości do festiwali wyśmiewają się w zasadzie wszyscy, którzy o niej wiedzą. Nie, wróć, wykreślam „w zasadzie”.
W sobotę siedziałam do drugiej w nocy, oglądając Noc Kabaretową, zwłaszcza, że tematy były ciekawe: PKP i zegarki (ministra Nowaka), czyli tak po linii moich zainteresowań.

Ale najpiękniejszy był koncert niedzielny, z okazji 50-lecia festiwalu. Bo na scenę wystawione były stoliki, chociaż bez koronkowej serwety, i siedzieli przy nich ludzie, którzy gadali o dawnych czasach i wspominali wykonawców. Idealny program, jak dla mnie.

W pewnym wieku nie wypada już ignorować okazji, które działają jak wehikuł czasu. W domu mojej Babci festiwale oglądało się zawsze, jak Wyścig Pokoju i transmisje wizyt papieskich. Z braku tabloidów była to w zasadzie jedyna okazja, by można było szczegółowo omówić, kto się posunął, kto się źle prowadzi (ta wydra Sipińska, do tej pory nie wiem, dlaczego), kto z pewnością zrobił sobie lifting (spójrz na szyję, widać!), a kto nosi perukę lub przeszczepił sobie włosy w egzotycznej zachodniej klinice (tu murowanym kandydatem był zawsze Jerzy Połomski, chociaż fryzura Zbigniewa Wodeckiego także budziła podejrzenia). Jeśli zaś chodzi o Połomskiego to przyznam, że sama zdębiałam wczoraj na jego widok. Facet wygląda jak zawsze. Tak jak go pamiętam z dzieciństwa, tak samo wygląda i teraz. To nie do pojęcia. Wszyscy się starzeją, nawet Krzysztof Ibisz, a Połomski ani o minutę.  No zresztą, niech Państwo rzucą łaskawie okiem na świeże zdjęcie :

z12574496Q,Jerzy-Polomski

Oprócz tego po raz kolejny należało się zdeklarować, czy się jest za Loską, czy za Wojtczak, bo z jakiś tajemniczych dla mnie do tej pory przyczyn nie wolno było lubić tych dwóch prezenterek jednocześnie, coś tak jak z Legią i Polonią, Dodą i Mandaryną czy Natalią Siwiec i Patrycją Pająk. Podobna polaryzacja nastrojów dotyczyła Rodowicz i Sipińskiej, też się wzajemnie wykluczały.

I teraz już naprawdę bez ściemy i bez kokietowania, że wiocha. W czasach socjalizmu narzekaliśmy, że w radio można usłyszeć non stop te same piosenki Połomskiego, Santor, Majewskiej czyli repertuar dla starych, ewentualnie jakiś importowany gniot z San Remo.
Teraz odwrotnie – ciężko w popularnych stacjach radiowych o polską klasykę. A było tego trochę, wartego, by uratować od zapomnienia.

Rok temu nad Bałtykiem, siedząc po nocy w grajdole (no bo gdzie można siedzieć nad Bałtykiem?) wyrywaliśmy sobie ze starym i kumplem ipada, udowadniając sobie wzajemnie, że „moja racja jest najmojsza” jeśli chodzi o gust muzyczny w kategorii retro. Przyznam, że jakoś nigdy nie kręciły mnie monumentalne pieśni typu „Dziwny jest ten świat” czy „Zegarmistrz światła”, owszem szanuję, ale bez szaleństw. Moją ulubioną piosenką jest „Samba na rozstanie”  Janusza Kofty w przepięknym wykonaniu Hanny Banaszak.  Jestem tak radykalna, że „Back to black” Amy Winehouse czy  „Someone like you”  Adele skłonna jestem uważać jedynie za popłuczyny.

Wczoraj na przykład zelekryzował mnie Michał Bajor swoim wykonaniem piosenki „Ogrzej mnie”. Cwierć wieku temu w kółko słuchałam jego płyty, a ten utwór był moim ulubionym, w końcu od ciągłego odsłuchiwania wytarły się rowki i igła przeskakiwała. Jak mogłam o nim zapomnieć? Więc, resumując, będę szła w zaparte, że takie imprezy są potrzebne. Ba, konieczne.