Jedzenie,  Miejsca

Małże, limpety i inne potwory morskie

Madera, jak to wyspa, żywi się głównie owocami morza. I bananami. Plantacje bananowe ciągną się kilometrami, nawet w samym Lido, czyli właściwie jeszcze w obrębie stolicy. Początkowo wydawał mi się dziwny widok apartamentowców upchniętych między polami uprawnymi, ale potem pomyślałam, że w sumie tak samo jest w Polsce, z tą różnicą, że u nas osiedla buduje się na rzepaku i łubinie, a w Funchal na bananach, co kraj to obyczaj. Maderczycy mają chyba niestety niejaki problem z upłynnieniem tych miliardów bananów, bo upychają je do każdej potrawy, najchętniej do ryby.

Ryby także są wszechobecne. Najbardziej oczywiście na targu. Stary, niczym pies myśliwski, ruszył od razu  tropem, olewając kwiaty, cebulki do samodzielnego wyhodowania (akurat! jakby to było takie proste!), owoce, w tym wiśnie o smaku chilli, banany o smaku ananasa oraz mango, których późniejsza konsumpcja w hotelu przypominała jako żywo sceny z „The Walking Dead”  i podążył prosto  ku stoiskom rybnym. Tam spoczywały potwory.

 

 

Z wyglądu, wstyd się przyznać,  rozpoznałam tylko tuńczyka. To ten największy. Nie jestem niestety taką znawczynią, za jaką pragnęłabym uchodzić. W związku z tym wieczorny wybór z karty stanowił niejaki problem. W restauracjach w Funchal dominują szaszłyki, które tu nazywają szpadami.  Kompozycja zależy od kucharza. Tuńczyk jest prawie zawsze obecny, tylko ma różne towarzystwo. Może występować  z gigantycznymi krewetkami, kalmarem, boczkiem albo z innymi rybami. Niektóre są tak delikatne, że nie sprawdzają się na szpadzie, dorada czy ryba papuzia występują indywidualnie, jako filet podany samopas na talerzu.

A ja się zafiksowałam na przegrzebki. Z przegrzebkami, podejrzewam, każdy ma podobną przeszłość. Początkowo większość osób, tak na słuch, obstawia, że chodzi o jakiś dar runa leśnego. Kiedy już wychodzi na jaw, że wręcz przeciwnie, bo one z morza pochodzą, też nie jest łatwo.  Zamawianie ich po angielsku to orka na ugorze. Przegrzebek nazywa się scallop, więc jest więcej niż pewne, że bez gruntownego omówienia tematu (najlepiej z prezentacją multimedialną) kelner poda nam eskalopki, które nawet nie muszą być z ryby, a do małż to im w ogóle daleko.  Z mojego doświadczenia w eksploracji przegrzebków, wynika, że najprędzej dostaniemy cielęcinę. Ale jest backup i to też warto mieć na uwadze w razie czego. Oficjalna nazwa przegrzebków brzmi godnie i biblijnie „małże św. Jakuba”. Nie potrafię ocenić, na ile to pomoże. Moja kulejąca wiedza na temat przegrzebków doprowadziła do wniosku, że ich na Maderze w ogóle nie ma. Jakoś nie wydaje mi się to prawdopodobne, ale wszyscy zaczepieni w tej sprawie kelnerzy szli w zaparte.  I po chuj ja tak rozwlekle i wnikliwie opisuje danie, którego nie ma…?

No dobra.  Ponieważ, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie jedzenia, jestem uparta, na wzrok i na węch wyczaiłam coś innego. Jak to się nazywa po polsku, pojęcia nie mam, w menu figuruje jako limpets. Z wyglądu podobne do przegrzebków, ale to mylące. Przegrzebek to małża, a limpet to ślimak. Nietypowy, bo w małżowej skorupce, łatwo się pomylić. Gdyby nie fakt, że w hotelu mieliśmy hulające wi-fi, to bym nic nie zjadła. Z  żołądkiem nie wolno eksperymentować, konieczne jest dogłębne zapoznanie się z  tematem, więc wieczorem usiadłam na balkonie… a propos, wspominałam, że nasz pokój hotelowy wyglądał jakby był na statku?…

…i posprawdzałam w wikipedii.  Wyszło mi, że z limpetami powinno mi być po drodze.

Rezultat? Zamawiajcie! Na moją odpowiedzialność. Chyba, że ktoś ma opory przed konsumowaniem czegoś, co przed chwilą było żywe. W dobrej restauracji na pytanie o limpety, kucharz powinien wynieść z kuchni dzisiejszy połów i zaprezentować, że limpety nadal żyją, za pomocą szturchania ich palcem. Wtedy się ruszają. Wprawdzie jest to raczej gimnastyka izometryczna, znaczy nie wyskakują z muszel i nie zaczynają tańczyć  ani robić żywej piramidy, ale powinny reagować na dotyk. Po opuszczeniu pieca już raczej nie, więc nie ma obawy, że ożyją nam w żołądku i wyskoczą klatką piersiową. Mi się w każdym razie nie zdarzyło.  Limpety są serwowane z masłem i czosnkiem, po prostu cud miód. Purystycznie należy je wysysać z muszel tak jak ostrygi. Ja wyjadałam widelcem, a sos wylewałam na zamówione dodatkowo pieczywo czosnkowe. Lepiej zawczasu zamówić więcej, żeby było czym wylizać talerz.

wszystkie fot. by Yaca

 

W kolejnym odcinku będzie o fado.

 

 

Jeden komentarz

  • Bee Magazyn

    Opory przed zjedzeniem czegoś, co przed chwilą było żywe? Mam je raczej przed zjedzeniem czegoś, co nie wiadmo ile czasu juz żywe nie jest. Tych ślimaków nie znam, ale muszle mają piękne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *