Jaka piękna katastrofa

Jaka piękna katastrofa

Oczekiwania wobec nowej ekranizacji Wielkiego Gatsby’ego były spore, zwłaszcza, że umiejętnie podsycane trailerami, które pojawiały się od miesięcy. Gra toczyła się głównie o to, czy Leo da radę. Wielki Gastby nie może się obejść bez dwóch zasadniczych elementów. Pierwszym jest sam Gastby, ponieważ to on jest całą opowieścią. Jeśli aktor daje radę, w pozostałych rolach można obsadzić statystów. Drugim elementem jest basen. U Luhrmanna wygląda jak wybieg dla fok w zoo. Ale mniejsza z tym, bo Leo jest wybitny. Jeśli ktoś nawalił to Baz Luhrmann. 

Co do tego zdania są podzielone. Moim zdaniem dał ciała.

Film wizualnie jest piękny. Obrazy Nowego Jorku z lotu ptaka, wypadają bardzo efektownie. Miasto wyłania się spośród wypalonych, robotniczych przedmieść, unurzanych w pyle węglowym, przywodząc na myśl ponure futurystyczne filmy,  Ucieczkę z Nowego Jorku czy jakąś inwazję kosmitów na saberbiach. Sceny dekadenckich imprez, organizowanych w zamczysku głównego bohatera kojarzą się trochę z obrazem Kapitolu z Igrzysk śmierci, trochę z imprezami w Piątym elemencie,  a przede wszystkim z Moulin Rouge tegoż Baza Lurhmanna.

 


Na tym sukcesy się jakby kończą.

Siłą napędową samotnego mieszkańca wielkiego zamczyska, jakby żywcem ściągniętego z Obywatela Kane jest miłość. I tu się robi kłopot. Najnowszy Gatsby popełnia podstawowy grzech współczesnych filmów historycznych, których twórcy wmawiają widzom, że jedyną różnicą między ludźmi sprzed wieku lub kilku  a współczesnymi, jest ubranie. 
Jeśli zignorować (co Luhrmann stara się z całych sił zrobić) fakt, że społeczeństwo amerykańskie w czasach gdy toczy się akcja, było silnie klasowe, bo wspominanie o tym obecnie nie jest poprawne politycznie, dylematy głównych bohaterów przestają być zrozumiałe.
W ten sposób z oryginału pozostaje przeciętnie urodziwa laska, która ma kłopot, którego z dwóch facetów wybrać. Nawet jeśli Daisy mówiąc „miłość”, ma na myśli pieniądze, to proszsz, jeden bogaty, drugi bogaty, więc o co właściwie chodzi? O co ta cała miotanina?

Daisy trudno darzyć sympatią, ale Fitzgerald ją kochał. Była jego stukniętą Zeldą. Była nagrodą.  O tym, że życie nagrody nie należy do prostych, można się dowiedzieć z wielu filmów, od Titanica po Piłkarski poker. Daisy z książki i z ekranizacji z 1974 roku z Redfordem i Farrow, była neurotyczna, cyniczna, zrozpaczona, krucha na granicy rozsypania, wystarczająco inteligentna, by pojąć, że przeznaczone jest jej życie po części trofeum, po części lalki, czegoś w rodzaju ulubionego zwierzątka domowego, ale za mało, by coś z tym zrobić. U Luhrmanna mamy blond idiotkę, która sama nie wie, czego chce (może lepiej było wziąć Michelle Williams?)

Co gorsza, widz nie ma szansy zrozumieć jej rozterek, bo z tła obyczajowego pozostały didaskalia i dotkliwy brak klimatyzacji.
W najnowszej ekranizacji Daisy nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że facet w wojskowym mundurze pochodzi z innej niż ona sfery. Mało, czekała na niego. Nie pozostało nic z cynicznej refleksji „rich girls don’t marry poor boys”, bo ten problem w ogóle nie występuje.
Tym trudniej więc pojąć, czemu Gatsby tyra jak dziki osioł, żeby na nią zasłużyć. Po co, przecież i tak go chciała. Jego siłą napędową nie powinna być miłość, tylko ambicja. O nią w tej opowieści chodziło.

Luhrmann podaje nam zupełnie inną historię. Historię bogatego maniaka, który uparł się na jedną konkretną laskę i na tym tle popada w paranoję. Laska zaś, widząc, że biedak zamęczy ją swoją zaborczością, dochodzi do wniosku, że lepiej już zostać w klatce, którą zna i ma w miarę oswojoną. Sytuację pogarszają dialogi, w których nie pozostało nic z ciętego, gorzkiego głosu „straconego pokolenia” książek Fitzgeralda, który w dialogach był świetny, zresztą przez lata pracował jako scenarzysta.
„Wielki Gatsby” nie jest moją ulubioną powieścią tego autora, wolę niedokończonego „Ostatniego z wielkich”, jednak wypatroszenie powieści, nawet nie najulubieńszej, jednak boli. Bo jeśli twórca chciał nakręcić inną historię, to czemu nie zlecił napisania oryginalnego scenariusza, powiedzmy „na motywach”? Po co od razu łapać się za ekranizację, która w końcu do czegoś zobowiązuje.
Najbardziej nieudolnym zabiegiem wydaje mi się jednak wprowadzenie komentarzy z offu, które opowiadają historię z książki. Tylko że widz  ogląda  na ekranie zupełnie inną opowieść.

Na plus, oprócz rozmachu, który rzeczywiście robi wrażenie, zaliczam fakt, że 2 godziny się nie dłużą. Niestety ostatnie dwadzieścia minut to już katorga. Przez ten czas narrator wyjaśnia widzom, co właśnie obejrzeli. Przypomina to trochę próbny egzamin, gdzie na arkuszu odpowiedzi można od razu sprawdzić, czy się dobrze wypełniło test.