Funchal

Stolica Madery, Funchal, nazywana jest miastem ogrodów. Rzeczywiście, nawet na dziko wygląda lepiej niż nasz Botaniczny, Z klimatem jednak się nie wygra. W Polsce można sadzić, dbać, cackać się z tymi roślinami, podlewać, dokarmiać odżywką, no rosnąć rośnie, ale tak jakoś bez przekonania.  Zawsze jestem pod wielkim wrażeniem obszarów, które mają taki klimat, że – wierzę w to święcie – jeśli się zagrzebie w ziemi  jedno euro to prędzej czy później wyrośnie drzewko eurowe. Niestety nigdy nie wyjeżdżałam na tyle długo, by to sprawdzić.

Funchal w początkach maja tonie w zieleni. Wszędzie coś rośnie, kwitnie, wylewa się kaskadą z doniczek zawieszonych na murach domów. Podobno tak jest przez cały rok.

Ogród, ciągnący się wzdłuż promenady nadmorskiej w Funchal

zakamarek na Starówce

deptak w centrum, taka nasza Marszałkowska

Pomiędzy roślinnością kręcą się tłuste jaszczurki w ilości, na oko , jakieś 3 miliardy po denominacji, oraz polujące na nie koty. Ten akurat już się nażarł i przysiadł na sjestę:

wszystkie fot. by Yaca

Koty tam w ogóle mają rajskie życie, bo oprócz tego, że Funchal jest miastem ogrodów, to jest także miastem knajp. W każdym zaułku jest co najmniej pięć, więc jak się idzie ulicą, to każde wejście prowadzi do knajpy. I wszystkie serwują owoce morza. Być kotem w takim miejscu to naprawdę wygrana na loterii.

Stolica Madery jest zarazem jedynym miastem, jakie poznałam,  w którym najtaniej można zjeść na Starówce. Funchal, póki co, składa się z trzech dzielnic. Wprawdzie nie sprawdzałam na mapie administracyjnej, ale nie wydaje mi się, by inni turyści to robili, więc na oko wyróżniamy trzy: Stare Miasto, Nowe Miasto, czyli centrum i Lido. Lido zaczyna się tam, gdzie większe hotele. To taka miejscowa Jurata, rzucona na pożarcie przyjezdnym, więc ceny od razu skaczą o 30 procent. Na szczęście w Funchal obowiązują maderskie odległości, czyli wszędzie jest blisko. Starówka jest oddalona od hoteli w Lido o jakieś 6 do 9 euro taksówką, co się przekłada na  3 minuty jazdy, bo korków tam nie znają. Kiedy w piątek staliśmy na światłach i były przed nami 2 samochody, taksówkarz kręcił nosem, że straszny ruch. Można też skorzystać z komunikacji miejskiej, niestety jeździ dość rzadko i kalkulacja, że 20 minut spędzimy na przystanku i zapłacimy 3 euro do centrum, przemawia jednak na korzyść taksówki. Yellow bus kończy szychtę o 18-tej, zapewne po to, by nie zgarniać po nocy pijanych turystów, zwłaszcza, że na górze buja, więc mogą być przygody. Rzecz jasna, można ruszyć z buta i jest fajnie, póki w dół. Niestety jeśli jest w dół to potem bywa w górę, takie odwieczne prawo natury, pani dobrodziko. A w górę na Maderze to nie jest lajcik i łydy nasuwają potem w nocy, że zasnąć trudno. Można oczywiście przyłożyć kota, bo kotów tam jak psów, tylko trzeba by wytrwale łapać i wynegocjować symbiozę, a to interesowne są dranie i na byle co nie polecą.

Zeby poruszać się taksówką  po mieście, trzeba opanować dwie podstawowe kwestie. Po pierwsze wykuć na blachę nazwę hotelu i na wszelki wypadek przepytać się wzajemnie przed wyjściem, żeby nie było, że ten, co się nauczył, nadużył madery i w związku z tym już nie pamięta.  Większość hoteli ma Madeirę w nazwie, to można pominąć, bo taksówkarz orientuje się, że jesteśmy na Maderze, więc ta wskazówka niewiele mu podpowie.  Na dodatek wszystkie hotele znajdują się na Estrada Monumental, która jest długą i pojemną ulicą, więc adres także okazuje się zbędny. Jakby ktoś się wybierał jakoś wkrótce, to mogę podpowiedzieć, że trzeba skręcić koło Haendemu. No więc to zapewni nam powrót, a jeśli chodzi o dojazd na Starówkę to jest jeszcze prościej,  wystarczy powiedzieć „Teleferico”. Tak się nazywa kolejka gondolowa. Jej dolna stacja znajduje się kilka kroków od Starego Miasta i najlepszych w mieście restauracji. Chyba że ktoś woli zjeść w Pizza Hut, to wtedy trzeba powiedzieć „marina”.