Meet the Vikings

Mój ulubiony drzewiej pornos, czyli Spartacus przeszedł właśnie do historii – tu oklaski, bo ostatnie 2 sezony to był naprawdę wrzód na dupie. Ostatni odcinek troszkę podratował ogólne wrażenie, o tyle, że spece od efektów specjalnych wreszcie się ruszyli  i w bitwie nad rzeką Silarus wzięło udział, o dziwo, wiecej niż 15 chłopa. Okazało się, że ciułanie grosz do grosza przez minione 19 odcinków jednak się opłaciło, chociaż kokosza z tego nie wyszła, bardziej coś w stylu „Wiedźmina” czyli uwaga, nauka jazdy.

Ponieważ wychodzę z założenia, że oglądanie tylko dwóch seriali poważnie zubaża moje życie, postanowiłam złapać na biegu coś z nowości. Nie obyło się bez rozczarowań. Sporo czasu spędziłam na przykład na rozważaniach, jak to możliwe, że we współczesnej telewizji może jeszcze pojawić się taki „Hannibal”. Ostatecznie wymagania rosną, budżety też, więc widz ma prawo spodziewać się, że serial będzie do złudzenia przypominał film fabularny pod względem wizualnego wypasu. Serwowanie mu w 2013 roku serialu, odnoszącego się bezpośrednio do genialnego filmu z 1991, w formie „Dempsey i Makepace na tropie” można odebrać tylko jako afront. Bez oglądania skreśliłam „Bates Motel” o młodzieńczych latach mordercy z „Psychozy”, gdyż uznałam, że martwienie się o Gremlina na chwilę obecną w zupełności mi wystarcza. 

Na szczęście okazało się, że reżyser „Tudorków”, jednego z moim ulubionych udających historyczne seriali, zabrał się za nowy projekt, razem z facetem od „The Walking Dead”. Nowa produkcja traktuje o Wikingach i jest emitowana na History Channel, co teoretycznie czyni ją jeszcze bardziej podrasowaną od Henryka z rodziną.

 

Bohaterem serialu  jest Ragnar Lodbrok, postać na poły historyczna, której przypisuje się liczne łupieżcze wyprawy na Anglię w połowie IX wieku n.e, palenie wsi, gwałcenie niewiast (podobno sam Ragnar załatwił 800, aż dziw, że znalazł przy tym czas na rabowanie), łupienie kościołów oraz upadek Kościoła w środkowej Anglii, no bo skoro świątynie spalone, klasztory zrabowane, a mnisi wyrżnięci to nie było komu i gdzie paść owieczek.

Taka postać może by się prześlizgnęła w produkcji Showtime, taki pogański Hank Moody,  ale na History miała raczej słabe szanse, Ragnar przekształcił się więc gwałtownie w męża prawego, obytego w świecie i obyczajach i gruntownie wykształconego, na ile było to w tamtych czasach możliwe. No i zdeklarowanego monogamistę oczywiście,  a nawet trochę pantoflarza, ostatecznie kobiety stanowią najwierniejszą serialową widownię.

Po trzech odcinkach, dwóch wyprawach morskich i  jednym spalonym klasztorze, zaświtała mi jednakże ponura myśl, którą niezwłocznie sprawdziłam i okazało się, że miałam rację – jeden z reżyserów jest odpowiedzialny za chałę dla gimbusów pod nazwą „Camelot”. Tak spierdolonego serialu jak ten o królu Arturze w życiu nie widziałam, zwłaszcza, że jest to przecież samograj, który trudno sknocić. Tak się składa, że na temacie polegli wszyscy, którzy się kiedykolwiek zabrali, ale czy to usprawiedliwia? Otóż nie, panidobrodziko, nichuja nie usprawiedliwia, bo albo się człowiek za coś  bierze, albo się nie bierze, a nie wymięka w trakcie.

4 odcinki później uznałam, że szkoda mojego czasu na tych Wikingów.  Ja rozumiem, że w IX wieku w ogóle było mniej ludzi niż obecnie, ale Ragnar najechał Anglię w 3 tysiące wojowników. W serialu – w trzy łodzie, po góra 10 luda na każdej.  W obliczu takich sił ciężko zrozumieć strach, który padł na ludność cywilną, która z dziećmi, kurami i bydłem domowym w te pędy pognała do zamku po azyl. Magia, która w pierwszych odcinkach sprawiała wrażenie jakby serial miał się rozwijać w kierunku niezapomnianego „Robina z Sherwood” o twarzy Michala Praeda, w którym kochałyśmy się  na zabój w liceum, rozwiała się na bezkresnych irlandzkich i kanadyjskich łąkach, udających skandynawskie.  Zresztą plenery to najmocniejsza strona produkcji, jako serial przyrodniczy obroniłaby się, podejrzewam, znacznie lepiej.

 

No szkoda wielka, że tak wyszło, bo nadal czuję się osierocona pod względem serialowym, ale co poradzę, że mi z Wikingami nie po drodze. Może jest to jakiś trop, że ugrzecznione produkcje, flancujące na siłę współczesną moralność na grunt  radosnego, przedchrześcijańskiego barbarzyństwa, nie do końca się sprawdzają.