Ludzkość odrodzi się dzięki psom, czyli granice cynizmu

 Michela Houellebecqa nienawidzą wszyscy. Po Cząstkach elementarnych połowa Europy chciała się wieszać, a druga pójść w ślady Sylvii Plath, co okazało się nieco utrudnione odkąd naziści od bezpieczeństwa zakazali doprowadzania gazu do nowych osiedli. Ja po lekturze byłam tak zdołowana, że sama świadomość, że ta książka czai się na mnie gdzieś na półce, stała się nie do zniesienia, a wcale nie było jej tak prosto komuś upchnąć. Ktokolwiek choćby kojarzył temat, bronił się rękami i nogami, za co doprawdy trudno winić. W porównaniu z Houellebecqiem, Cormack McCarthy wydaje się być co najwyżej poczciwym żartownisiem o dyskusyjnym poczuciu humoru.

Co gorsza, nienawiść do francuskiego pisarza wygląda na uczucie cokolwiek jałowe, bo gość sam siebie nienawidzi z całej duszy. Oprócz tego, że nienawidzi też wszystkich wokół. W nazwaniu go mizoginem przeszkadza fakt, że mężczyznami pogardza w równym stopniu, co kobietami. Gardzi też kulturą, pop kulturą, miłością, wydawcami, religią w każdej postaci, czytelnikami, seksem, zachodnimi społeczeństwami, zresztą w ogóle wszystkimi, zwłaszcza Trzecim Światem, którego jedyną szansę upatruje w kurwieniu się za euro, politykami i polityczną poprawnością. Jest zapewne ostatnim Europejczykiem, który zachował przywilej palenia w miejscach publicznych.

Jest po prostu megachujem, ale nie na tym polega kłopot. Dużo gorsze jest to, że jest chujem inteligentnym, a najgorsze, że z zacięciem proroczym, a metodologią manipulatorską. Stąd bierze się w trakcie lektury dojmujące poczucie, że życie polega tylko na staraniach, by je w miarę szybko i bezboleśnie zakończyć. Bo nic nie przynosi ukojenia, nawet jeśli przez chwilę wydaje się, że tym czymś może być seks. Seksu jest u Houellebecqa sporo, wręcz nawet w niektórych książkach w przygniatającej przewadze, stąd opinia literackiego pornografa. Ale, w końcu własne korzenie światopoglądowe można kontestować, gardzić nimi i szczerze nienawidzić, lecz one ciągle gdzieś w człowieku zostają, za seks zawsze trzeba odpokutować i to raczej ciężko, więc wszyscy kończą na wózkach inwalidzkich lub przedwcześnie na cmentarzu.

Na szczęście megachuj, podobnie jak większość ludzkości, nie robi się coraz młodszy i z wiekiem troszkę łagodnieje. Twórczość Houellebecqa poznawałam chronologicznie, ale polskiemu wydawnictwu się omskło i najnowsze dwie powieści wydało odwrotnie. Przy czym szkoda, że tylko jedną w formie ebooka. Niestety podejrzewam, że brak zaufania do czytelnika, przynajmniej w takim zakresie, by uwierzyć, że nie każdy jest złodziejem i chętnie zapłaci za książkę, byle tylko miał taką szansę, na długo sparaliżuje polski rynek ebooków.

Możliwość wyspy musiałam więc nabyć w tzw. analogu, no ale czego człowiek nie robi, żeby się porządnie zdołować.

Fabuła toczy się dwutorowo. Główną osią jest relacja życia współczesnego Daniela, który dorobił się milionów na stand up comedy, wyszydzając wszystko to, czego nienawidzi Houellebecq. Czyli wszystko. Relacja jest przeplatana zapiskami żyjącego prawie 2 tysiące lat później  klona o numerze Daniel 24, kontynuowanych potem przez Daniela 25.

Neoludzie są nośnikami kodu genetycznego swoich pierwowzorów, mają ich świadomość i wiedzę, zachowana została łączność wspomnień, co pozwala na bezawaryjną kontynuację życia. Po bezbolesnej śmierci, klon zostaje zastąpiony przez swojego następcę. Jednak z biegiem czasu i przeniesienia relacji międzyludzkich do wirtualnego świata, neoludzie zatracili zdolność odczuwania emocji. Z jednym wyjątkiem.

„Ulepszenie krążenia w skórnych naczyniach krwionośnych oraz lekkie obniżenie wrażliwości włókien nerwowych typu L pozwoliły już u pierwszych generacjach neoludzi zmniejszyć cierpienia związane z brakiem kontaktu fizycznego – donosi Daniel 24 – Jednak wciąż wydaje mi się trudne przeżyć dzień bez przejechania dłonią po sierści Foksa i odczucia ciepła jego drobnego, kochającego ciałka.”

Bohater miał za życia psa. Pies, tak jak on, został poddany klonowaniu i towarzyszy mu w kolejnych wcieleniach. Megachuj, jak się okazało, jednak w coś wierzy. Wierzy, że jedynej na całym świecie bezwarunkowej miłości można doświadczyć tylko od psa. Po wcześniej przeczytanej, a późniejszej chronologicznie Mapie i terytorium coś mi tak zaczęło świtać, jednak mimo wszystko nie spodziewałam się takiego credo:

„Miłość jest prosta do zdefiniowania, ale rzadko się zdarza – jeśli przyjrzeć się serii ludzkich istnień – pisze Houellebecq – Poprzez psy oddajemy hołd miłości i możliwości jej istnienia. Czym innym jest pies, jeżeli nie maszynką do kochania? Stawiamy przed nim ludzką istotę, nakazując mu ją kochać – i jakkolwiek byłaby nieprzyjemna, zepsuta, brzydka czy głupia, pies ją kocha. Ta cecha była tak zaskakująca dla ludzi dawnej rasy, że większość – potwierdzają to wszystkie świadectwa – w końcu odwzajemnia im się miłością. Pies był więc treningową maszyną do kochania, której skuteczność ograniczała się jednak wyłącznie do psów i nigdy nie rozciągała się na ludzi.”

Taka subtelność, tkliwość nawet, jest zrozumiała dla każdego, kto ma w swoim życiu taką relację, trafia prosto w serce każdego, kto właśnie patrzy na posapującą przez sen maszynkę do kochania, przytuloną ufnie do naszej nogi czy boku.

Są jednak granice cynizmu, nawet u megachuja. Zastanawiające jest jednak, że przebiegają w tym miejscu. Ludzkość przetrwa dzięki psom…?