Nieprzekonujący mazurek

Tego, co się dzisiaj stało, nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. W telewizorze pokazywali ludzi, którzy potrafią to jakoś obrócić w żart, a to śniegowa pisanka, a to zając podróżujący sankami, mnie to niestety nie śmieszy. Nic a nic.

Na stole kuchennym mam ogródek. Zasadziłam tydzień temu, pięknie wszystko wyrosło, po prostu można zapuścić kombajn i cieszyć się plonami.  Póki siedzę tyłem do okna i patrzę na stołowy ogródek, wszystko wydaje się wporzo.  Można nawet wyobrazić sobie, że  to, co za plecami, wygląda zupełnie inaczej. Niestety w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że jednak trzeba wyjrzeć przez okno. A to nie nastraja, oj nie.

Mimo wielkich starań nie udało mi się wykrzesać wielkanocnego nastroju. Ale miałam świadomość, że mazura czas zacząć, więc się bez przekonania wzięłam. Obstawiłam najłatwiejszy, kajmakowy, na gotowej masie. Z masą okazało się wcale nie tak prosto. Jak to zwykle w warunkach wolnego rynku bywa, producentowi w dupie się poprzewracało i zaczął ulepszać produkt. Normalne przecież. Jak jest coś fajnego, to wiadomo, że trzeba albo wycofać albo  co najmniej przerobić, popsuć, zapakować w mniejsze pojemności i sprzedawać po cenie plus 30%. W związku z tym w supermarkecie doszło do rozdzierających scen. W stadzie z  dwiema równie zdesperowanymi paniami próbowałyśmy się wedrzeć ciałem na półki, żeby sprawdzić tyły, gdyż na froncie pozostała jedynie masa czekoladowa, kawowa, kakaowa, kokosowa oraz chujwiejaka, ale kajmakowej ni widu ni słychu. Pani trzyma wózek, ja tam sięgnę. W prawo, bardziej w prawo, mi tam coś mignęło, pani jest wyższa, niech pani spróbuje, no jeszcze dosłownie pięć centymetrów.  Desant zakończył się połowicznym sukcesem, gdyż wprawdzie udało się  zweryfikować tyły, ale okazało się, że nic ciekawego nie kryją.  Wywlekłyśmy najwyższą panią za nogi z tej półki, wymieniłyśmy się mrożącymi krew w żyłach uwagami na temat gotowania puszki z mlekiem skondensowanym (jednej znajomej tak wystrzeliło, że sufit trzeba było malować, a inna nabawiła się poparzeń drugiego stopnia), po czym ostatecznie się zniechęciłam, postanowiłam odwołać Wielkanoc i skuć się na smutno Staropramenem z promocji.

Swięta uratował Gremlin, poruszony problemem i osobiście zainteresowany kwestią kajmaku. Poszedł, znalazł, kupił i przyniósł.

Przepis na mazurek kajmakowy znalazłam na blogu Domowe Wypieki, zachęcił mnie przymiotnik „najprostszy” w słowach kluczowych. W skrócie to jest tak, że trzeba wziąć mąkę, cukier puder, jajko i masło , ugnieść, schować do lodówki, wyjąć i upiec. Dłuższa wersja nie różni się od skróconej i to mnie ujęło.

Ciasto kruche:
300g mąki pszennej
150g masła lub margaryny
80g cukru pudru
1 jajko

Schładzanie w lodówce min. przez godzinę. Potem wykleić ciastem formę 35 x 32 cm, wyłożoną papierem do pieczenia, zostawiając rancik. Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 180 stopni przez 20 -25 minut, do lekkiego zbrązowienia. Potem trzeba nałożyć tę cudem zdobytą masę kajmakową i upiększyć.

Jeśli o mnie chodzi to w dziedzinie wypieków domowych stosuję prestidigitatorską metodę odwracania uwagi. To dokładnie tak samo jak w modzie i urodzie. Jak się nie ma oczu to się podkreśla usta i odwrotnie. Jak się ma zmarszczki to się pokazuje dupę, jak dupa niewyjściowa to cycki, a jak już się w ogóle nic nie ma to wtedy nogi i to jest mój przypadek. Więc skoro, jak uznałam, mam duże wątpliwości w kwestii podpisania się pod tym mazurkiem, postanowiłam go wystroić  jak dziwkę na bal w operze.

 

Dalsze losy mazurka będą zapewne podobne do tortu makowego na Boże Narodzenie. Znaczy wystawię na stół i niech no ktoś spróbuje się nie zachwycić!

Wesołych Swiąt!